Category Archives: Rozmyślam

:D

Zwykły wpis

Nieraz już pisałam o fantastycznej dziewczynie, która prowadzi bloga Happyholic. W największym skrócie – pisze o tym, jak być szczęśliwym. Często stosuję się do jej porad i robię co mogę, żeby swojego poczucia szczęścia nie uzależniać od okoliczności i innych ludzi.

Ale czasem są takie dni jak dziś, że ci inni mają na nas ogromny wpływ, nawet nieznajomi. Taki na przykład pan Artur K. Kto to? Nie wiem. Ale zostawił mi przy rowerze pod pracą kartkę. No i jak tu się nie uśmiechnąć i nie wzmocnić swojej wiary w ludzi 🙂 Dziękuję!

Reklamy

Back to reality

Zwykły wpis

Często powtarzam, że wolę pracować niż studiować. Ale choćby nie wiem jak uwielbiało się swoją pracę, dni takie jak dzisiejszy przytłaczają, przygniatają wręcz swoim ciężarem!! Po prawie trzech tygodniach urlopu znów trzeba jutro popedałować do roboty. Uhhh! Czy ktoś ma jakiś dobry sposób na takie powroty?!

źródło: weheartit.com

Pomyślałam, że przejrzenie zdjęć z wakacji będzie niezłym pomysłem, ale smutno mi jeszcze bardziej! Gdzie ten piękny Budapeszt, upalne Hajduszoboszlo, przytulny kąt u mamy, swojska Łeba czy weselisko na Podlasiu?

A Łeby na razie tylko tyle, co udało mi się ukraść z Facebooka ;P

Przy okazji pozdrawiam Zygiego, który domaga się wspomnienia o jego osóbce na łamach esów już niemal od roku 😀

Pozostaje tylko wierzyć, że jakoś przeżyję jutrzejszy dzień i znów pokocham swoją pracę!

Polska, biało-czerwoni

Zwykły wpis

No i że co? Że Polska nie jest zajebista? Hę? 😀

Jest, i ja to zawsze powtarzałam. I Euro tego dowiodło. Bo daliśmy radę.  Bo jesteśmy fajnym krajem. I narodem też. I wszyscy nas lubią. O!

A jak kto twierdzi, że tu nie ma co robić, to ja mu proponuję się wybrać do Centrum Nauki Kopernik, pod którego wrażeniem do tej pory jestem – aż muszę się pochwalić, że niebawem tam znów pójdę, bo 4 godziny to zdecydowanie za mało.

A tak poza tym Fontanny, Starówka, Muzeum Powstania Warszawskiego i wszystkie parki w centrum miasta i na obrzeżach… To tylko Warszawa, o reszcie nie wspomnę.

Tak więc zapraszamy jak najwięcej turystów, żeby wszyscy przekonali się, że wszystkie Polaki to fajne chłopaki. Że o Polkach nie wspomnę, bo to wszyscy wiedzą najlepiej, zwłaszcza obcokrajowcy.

a że nie wyszliśmy z grupy to trudno – każda zajebistość ma swoje granice 😉

Be happy! :D

Zwykły wpis

Dawno już chciałam napisać coś o szczęściu, ale ciężko to zrobić nie spłycając tematu. Bo co to jest szczęście? Nie ma jednej definicji. Poza tym mam poczucie, że nie zrobię tego nawet w połowie tak dobrze, jak na co dzień robi to jedna z najlepszych blogerek, Happyholic. Dlatego postanowiłam odesłać Was do jej bloga:

Do tego, żeby jednak liznąć trochę tego tematu u siebie, skłonił mnie warsztat „Odkryj swoja wewnętrzną moc”, w którym miałam okazję uczestniczyć w niedzielę. Poprowadził go pan Dariusz Świerk (swoją drogą, to świetna sprawa, że są ludzie, którzy robią tego typu rzeczy całkiem bezpłatnie).

Niestety w połowie musiałam wyjść – wzywały „pieskowe” obowiązki. Ta połowa wystarczyła, by dowiedzieć się masy ciekawych rzeczy. Najważniejszy jest wniosek, że

Szczęście zależy od nas samych!

jak mawiał już Arystoteles, a współcześni naukowcy tylko potwierdzili.

Jest mnóstwo sposobów, by je podkręcić. Bo samo z siebie się nie zrobi. Jak wszystko miłe, co nas w życiu spotyka, szczęście jest efektem pracy. W jaki sposób wypracować swoje szczęście podpowiadał pan Darek na szkoleniu i podpowiada też fantastycznie Justyna na swoim blogu.

Można np. dużo się uśmiechać. Brzmi banalnie, ale takie są fakty. Potwierdzone naukowo. Ułożenie mięśni „w uśmiech” powoduje wysłanie do mózgu impulsu, który z kolei powoduje znaczącą poprawę humoru. A więc:

źródło: weheartit.com

Ważne, żeby wiedzieć, że można być szczęśliwym w każdej chwili. Najczęściej wydaje się nam, że bylibyśmy szczęśliwi, gdyby tylko… <uzupełnić wedle uznania> Np. gdybyśmy tylko wygrali okrągłą bańkę w totolotka. Guzik prawda! Wtedy chcielibyśmy najpewniej drugą bańkę do pary.

A więc skoro każdy, niezależnie od wszystkiego, może być szczęśliwy tu i teraz, to trzeba być głupkiem, żeby nie skorzystać z kilku prostych rad i takim się stać. Ja już zaczęłam i poświadczam – jestem szczęśliwa 😀

źródło: weheartit.com

101 wpis

Zwykły wpis

Wczoraj zamieściłam na blogu setny wpis. Mało to i dużo. Mało dla blogerów, dla których pisanie to spory kawał życia, dużo dla tych, którzy często pytają: no i chceee Ci siee taaak?!?

Tych drugich nie brakuje. Pewnie znacie ludzi, którzy sami siedzą najchętniej przed telewizorem i próbują podcinać innym skrzydła wiecznymi pytaniami: no i na co ci to, chce ci się, jeszcze ci się to nie znudziło? Ja to słyszę dosyć często: o fitnessie, o pomaganiu psom w schronisku, o słuchaniu lekcji angielskiego, mogłabym tak długo wymieniać. No i, rzecz jasna, o blogowaniu.

Ostatnio ktoś zapytał mnie, po co mi to. Nie mam przecież rzeszy fanów, komentarze nie idą w setki, ba, nawet w dziesiątki, nie zarobię na tym. Pomyślałam, że przy okazji setnego wpisu faktycznie warto się nad tym zastanowić. I długo myśleć nie musiałam. Ja po prostu lubię pisać. Zwyczajnie łatwiej mi się trawi niektóre myśli, jeśli ułożę je w miarę składnie i przeleję na ekran. Nie bez powodu w końcu skończyłam polonistykę 🙂

Piszę więc dla siebie, ale i dla nie tak małej, jak mogłoby się wydawać, grupy czytelników. Wiem, że mnie czytają, bo jak się robi jakiś mały przestój, to zaraz docierają do mnie ponaglenia, żeby coś w końcu skrobnąć. Lubię słyszeć od ludzi, żebym wrzuciła jakiś nowy przepis, bo szukają czegoś prostego, ale ciekawego do ugotowania. Lubię ich narzekania: oj, Aśka, chyba nic ostatnio ciekawego nie oglądałaś, bo nic nie piszesz. Popraw się, popraw.  Albo: dawno chyba w teatrze nie byłaś? Nic nie piszesz, na co warto się wybrać.

Tak więc dziękuję tym, co czytają. Miło, że jesteście, jeszcze milej, jak czasem zostawicie jakiś komentarz. Ale powiem Wam szczerze, nawet jak mnie tu zostawicie całkiem samą, to ja i tak czasem tu coś skrobnę. Dla siebie. O.

w Służbie przeciw nietolerancji „Służące”

Zwykły wpis

Niedziela wieczór to chyba najgorszy moment w tygodniu. Jutro do pracy 😦 Choćby się ją nie wiem jak lubiło, to i tak myśl o wstaniu z łóżka o 6 rano i rozpoczęciu kolejnego tygodnia przeraża. Weekend za to upłynął mi świetnie, bo zakupowo. Torby oczywiście nie znalazłam, ale kilka innych perełek do domu przywlokłam 🙂

Nie o zakupach chciałam dziś jednak napisać, a o filmie – znów. Może minęłam się jednak z powołaniem i zawodowo powinnam mieć coś wspólnego z branżą filmową 🙂 Najbardziej lubię o tym pisać, bo mogę sobie w ten sposób poukładać własne przemyślenia. Czasem jest tak, że wychodzę z kina i jest we mnie mnóstwo emocji, które jednak w wirze codziennych zajęć szybko ulatują. Tym bardziej, jeśli nie mam z kim o tym pogadać. A kiedy zasiadam do klawiatury, wtedy wszystko na nowo przetrawiam, układam w głowie i pozostaje we mnie na dłużej. Z tego też powodu, że piszę bardziej dla siebie, nie umieszczam tu długaśnych recenzji z opisami fabuły. Poprzestaję na swoich przemyśleniach, i tak też będzie tym razem.

We wtorek zostaną ogłoszone nominacje do Oscarów. Mam nadzieję, że film, o którym za chwilkę, znajdzie się na liście (liczę też oczywiście na „W ciemności”, które obejrzę dopiero jutro). Chodzi o Służące. Pewnie wielu z Was widziało ten film, bo był jakiś czas temu dość głośny, mimo że nieszczególnie w Polsce rozreklamowany.

Historia dzieje się w Stanach w latach 60. Moda dziennikarka postanawia sprzeciwić się poniżaniu i wykorzystywaniu czarnoskórych służących przez bogate Amerykanki. Spisuje ich historie i wydaje książkę. Film jest przede wszystkim wzruszający, czasami dowcipny, dobrze zagrany.

Najbardziej poruszające jest to, że nie tak dawno temu traktowanie czarnoskórych, jak podludzi, było na porządku dziennym. I to w Stanach, wielokulturowym, tolerancyjnym kraju. Stąd już całkiem niedaleko do nazizmu w wydaniu hitlerowskim.

Jeszcze gorsze jest uświadomienie sobie, że tacy ludzie istnieją do dziś. Jest ich na szczęście niewielu. Trzeba przyznać, że trochę się zmieniło (w końcu najważniejsza osoba w USA jest czarna), ale ciągle słyszy się o przypadkach skrajnego rasizmu. Poniżane są różne grupy i chociaż wydaje się, że to margines i generalnie żyjemy w tolerancyjnych społeczeństwach, to czym innym jest opowiadanie dowcipów o gejach, czy Żydach? Dobrze, że są filmy, które potrafią skłonić do zastanowienia się nad ważnymi kwestiami w tak szerokim spectrum. Bo to, że „Służące” pokazują case kilku osób z małego miasteczka, historie czarnoskórych służących, nie znaczy, że nie mówią o nietolerancji w ogóle.

Zdaję sobie sprawę, że to, co piszę, brzmi mocno górnolotnie, może trochę banalnie. Ale krew mnie zalewa, jak ludzie tak traktują innych ludzi – TAKICH SAMYCH, jak oni. No co ja zrobię, że NIE TOLERUJĘ NIETOLERANCJI 😐

ekopostanowienia na 2012

Zwykły wpis

Tak było w sobotę 🙂

A w trakcie niedzielnego regenerowania sił trafiliśmy na pewien program w TVN Style, „SOS dla świata”. Został zrealizowany przez TVN i WWF we współpracy z polskimi „gwiazdami” (m.in. Mateuszem Damięckim, Patrycją Kazadi, Piotrem Najsztubem,  Anną Dereszowską, czy Magdaleną Różdżką). Był emitowany na antenie TVN od października do grudnia i jestem w szoku, że do tej pory o nim nie słyszałam. Na szczęście trafiłam na powtórkę, bo uważam, że to FANTASTYCZNY pomysł. Nie od dziś wiadomo, że Polacy uwielbiają programy z celebrytami w rolach głównych, więc jeśli chce się coś promować,  nie ma nic skuteczniejszego.

„SOS dla świata” miał upowszechnić wśród widzów ekologiczny styl życia. Organizatorzy wysłali pary znanych ludzi w różne miejsca na świecie, gdzie na własne oczy mieli przekonać się, w jak strasznej kondycji znajduje się nasza planeta. I choć w niewielkim stopniu pomóc. To WSPANIAŁA  idea i ogromne gratulacje dla pomysłodawcy. Chyba jednak przy projekcie zawiódł marketing, bo nie tylko ja nie słyszałam wcześniej o akcji. Rozmawiałam z kilkoma osobami, które też nie miały o niczym pojęcia. A szkoda, bo biorąc pod uwagę popularność „Tańca z gwiazdami”, „SOS dla świata” mogło przynieść jeszcze lepsze efekty. Choć i tak źle nie jest. Widać to na stronie projektu http://sos.wwf.pl , gdzie można przyłączyć  się do gwiazd i podpisać swój własny ekologiczny dekalog. Zrobiło to mnóstwo osób. Ja też. Miałam tylko mały problem – chciałam na swojej liście umieścić znacznie więcej rzeczy. Ostatecznie zdecydowałam się na te:

1. Będę zakręcać kran, kiedy myję zęby. Odkręcony kran to nawet 15 litrów zmarnowanej wody w ciągu 3 minut, a więc jednego mycia zębów.

2. Nie będę kupować torebek i innych wyrobów ze zwierząt, nie mając pewności, czy są wykonane z zagrożonych gatunków. Jeśli koniecznie będę chciał kupić taki produkt, zawsze sprawdzę dokument legalnego pochodzenia. Faktura czy paragon nie wystarczą!

3. Będę chodzić na zakupy z własną torbą wielokrotnego użytku. Nie będę używał jednorazowych torebek foliowych. Mieszkaniec UE zużywa średnio aż 500 foliówek!

4. Będę segregować wszystkie surowce wtórne, pamiętając że nie wszystkie odpady nadają się do ponownego przetworzenia.

5. Będę wietrzyć pomieszczenia przy zakręconych kaloryferach.

6. Będę drukować dwustronnie. Ustawię drukowanie domyślne w drukarce na dwustronne. Zużyje dzięki temu 50% mniej papieru.

7. Częściowo zadrukowany lub zapisany papier wykorzystam do notatek lub do druku po niezapisanej stronie. Ścięcie 1 drzewa daje średnio tylko 23 ryzy papieru A4.

8. Zdecyduję się na nowy sprzęt elektroniczny lub elektryczny tylko wtedy, kiedy naprawdę będę go potrzebować. Jeśli np. mój telefon komórkowy działa bez zastrzeżeń, odmówię operatorowi wymiany na nowy model tylko dlatego że jest atrakcyjna oferta.

9. Będę zawsze wyłączać przycisk czuwania – tzw. stand-by. Gdyby tylko połowa urządzeń w naszym domu była wyłączana z sieci, a nie pozostawiana w stanie czuwania, w skali całej Polski można by wyemitować 1 mln ton CO2 mniej

10. Będę gotować przykrywając garnek pokrywką, zaoszczędzę w ten sposób ok. 30% energii elektrycznej.

To dobry czas na zrobienie podobnej listy. Można ją potraktować jako zbiór postanowień noworocznych 🙂 Zachęcam!