Monthly Archives: Marzec 2012

Pati po raz drugi

Zwykły wpis

Kiedyś napisałam, że jeden z utworów Pati Sokół nie przypadł mi jakoś za specjalnie do gustu (choć samą artystkę doceniłam od początku). Teraz wydała nowy kawałek. I nie wiem, co mam napisać. Mowę mi odebrało, szczękę do teraz zbieram z podłogi. Mimo że to cover, to dla mnie sto razy lepszy niż oryginał. Pati – jesteś genialna!!! A teledysk! Bajka. Można oglądać na okrągło.

I niech Weronika Rosati będzie Ci wdzięczna, bo dzięki temu teledyskowi polubiłam ją na nowo (jakby to miało jakiekolwiek znaczenie, hih ;P )

Polecam Wam fan page Pati Sokół KLIK Polubcie, a pierwsi dowiecie się o każdym nowym projekcie artystki. Mam nadzieję, że niebawem pojawi się coś nowego.

Reklamy

łososiowe wspomnienie weekendu

Zwykły wpis

Piękny weekend za nami. Nie dość, że pogoda dopisała jak rzadko, to było miło i pysznie. A teraz… teraz znów zimno i szaro. Ale co zrobić – życie.

Powspominajmy więc przynajmniej pyszności, które królowały na talerzu. W roli głównej najmodniejsze kolory sezonu: łososiowy i oliwkowy. A w roli drugoplanowej, ale niemniej ważnej, intensywny pomarańcz.

Składniki:

filet z łososia

pół słoiczka oliwek (pustych albo z nadzieniem)

pół słoiczka suszonych pomidorów

tarty parmezan

kilka plasterków cytryny

koperek

pieprz mielony

sól

Prosty – jak zawsze – przepis:

Łososia kroimy na kawałki wielkości kotletów, nacieramy świeżo mielonym pieprzem i  solą. Kawałki kładziemy na folii aluminiowej.

Oliwki blendujemy (albo porządnie rozgniatamy) i grubą warstwę powstałej pasty nakładamy na łososia. Na to nakładamy pokrojone na niewielkie kawałki suszone pomidory.

Zawijamy całość folią aluminiową i pieczemy w 180 stopniach 20/25 minut.

Po wyjęciu posypujemy parmezanem i skrapiamy cytryną. Proponuję podać z ziemniakami z wody obficie posypanymi koperkiem. Do tego ulubiona surówka, sok wyciskany ze świeżych owoców i jest pysznie!

Pudding chlebowy

Zwykły wpis

Mam dla Was pomysł na lekki sobotni obiad. Może komuś się ostatnio rzucił w oczy, bo – przyznaję bez bicia – sama przyuważyłam go niedawno na stronie głównej „Gazety”. Wprowadziłam swoje zmiany i wyszło przepysznie. Propozycja jest oryginalna, prosta (jak wszystkie moje ulubione przepisy), niespodziewanie smaczna i zdrowa – ze względu na witaminkowe pory. To, co najlepsze w porze poza smakiem i aromatem, to wartości odżywcze. Jest bogatym źródłem witaminy A, C, E i B6 oraz potasu, wapnia, fosforu, magnezu i kwasu foliowego. Por ma właściwości obniżające poziom złego cholesterolu jednocześnie zwiększając poziom tego dobrego (zmniejsza to ryzyko zawału serca i chorób układu krążeniowego). Zawarte w porze mangan, witamina C, witamina B6 i żelazo stabilizują poziom cukru we krwi. Poza tym bardzo dobrze wpływa na układ odpornościowy i oddechowy, ma także właściwości bakteriobójcze.(źródło www.foody.pl)

A więc do dzieła:

Składniki:

8 kromek chleba pełnoziarnistego tostowego (chociaż ja miałam akurat paskudny biały chleb tostowy)

2 kulki mozzarelli (te większe)

2 średniej wielkości pory

2 jajka

200 ml mleka

100 ml śmietany 18 %

3 łyżki masła

dwie garście parmezanu

zioła prowansalskie

pieprz

warzywko

Przepis:

Najpierw pory: kroimy je w cienkie talarki i smażymy na maśle. Potrzeba go dość sporo, bo por lubi się przypalić. Doprawiamy warzywkiem, pieprzem, i ziołami (a właściwie to też innymi przyprawami, jeśli bardzo chcemy). Po takim kilkuminutowym podsmażeniu pory nabierają zupełnie nowego smaku, stają się delikatne i słodkawe.


Chleb tostowy kroimy po przekątnej, żeby powstały trójkąty. Mozarellę kroimy w plasterki.


Teraz czas na sos: śmietanę, mleko i jajka ubijamy mocno trzepaczką. Dodajemy parmezan, pieprz, warzywko.

Przygotowujemy naczynie żaroodporne. Smarujemy je masłem. Układamy pory, na to chleb – tak „na stojąco”, mozarellę, i zalewamy sosem, ale tak, żeby całego chleba nie zalać. Pieczemy w piekarniku, w 180 stopniach przez około 25 minut.

I powstaje takie oryginalne danie, które naprawdę zaskakuje swoim smakiem. Nawet zagorzałych fanów mięcha – sprawdzone 🙂

„Żenada roku”

Zwykły wpis

W ostatni weekend o filmiku z „dyskusją” reżyserki „Big Love” i krytyka Filmwebu było głośno. Nic dziwnego, najlepsze określenie na tę wymianę zdań, to „żenada roku”.  Jeśli ktoś jeszcze nie widział, to polecam obejrzeć. Proszę przygotować się na mocne wrażenia!

Sam film „Big Love” (o którym pisałam TUTAJ) jest dobry. Ogląda się go z przyjemnością, wciąga, jest inny niż większość polskich produkcji. Czemu więc reżyserka musi niszczyć taki obraz? We wszystkich wywiadach opowiada jedyną słuszną prawdę, czyli jej wersję interpretacji – jakoby był to film najwyższych możliwych lotów artystycznych, na miarę co najmniej Almodovara; na prawo i lewo rzuca „heideggerami” i „schopenhauerami” i myśli, że błyszczy. Po co, ja się pytam!?

Do tego nie można nie wspomnieć o formie wypowiedzi pani Białowąs.  Nawet gdyby opowiadał najmądrzejsze rzeczy na świecie, to w tej formie byłoby to nie do przełknięcia.

Co do tekstu Walkiewicza, cóż – recenzyjka jak recenzyjka (jest TUTAJ). Nawet jeśli nie podoba się Baście i musiała dać upust swoim emocjom, wystarczyło pogadać o tym swojemu facetowi/dziewczynie/przyjacielowi. Może, przyzwyczajony do krasomówstwa Barbary „Heidegger” Białowąs, jakoś by to zdzierżył. Internauci nie dali rady.

Polecam też ciekawy artykuł na temat żenady roku – TUTAJ

Happy End

Zwykły wpis

Kilka dni temu na blogu Happyholic pojawił się efekt naszej wspólnej pracy nad projektem „Reportaż o tobie„. Przypomnę tyko, że polegał na fotografowaniu skrawków szczęścia, które spotyka nas codziennie. Dla mnie projekt miał wyjątkowe znaczenie, bo trwał akurat w czasie, kiedy musiałam nieustannie, siłą wręcz, przypominać sobie, że są rzeczy które jeszcze mnie cieszą. Dziękuję więc Justynie za tak rewelacyjny pomysł i zwieńczenie go wspaniałym filmikiem. Oto on:

Znajdziecie go również na blogu Happyholic Polecam odwiedzenie bloga, bo znajdziecie na nim także mnóstwo innych inspiracji.

Sponsoring? Nic nowego :|

Zwykły wpis

Jak to zwykle u nas, nie mogliśmy przegapić wczorajszych „tanich poniedziałków” w Wiśle. Tym razem wybraliśmy „Sponsoring” (bo „Róża” już od kilku tygodni jest o 13 albo 15 😐 ). Okazało się jednak, że nie było warto. No ok, może w sumie nie ma co żałować tych dwóch dyszek. Ale film średniawy.

Mimo mojego całego uwielbienia dla Szumowskiej jako kobiety, w „Sponsoringu” nie pokazała nic nowego. Temat już był, przewijał się wielokrotnie w filmach, książkach, no i wszyscy pamiętamy też chyba medialną gorączkę w związku ze studentkami-prostytutkami sprzed paru lat. Dziś to już norma, że takie studentki są i jest ich niemało.

Co więcej film nie jest najciekawszy, chwilami miałam ochotę autentycznie usnąć. Ratunkiem są w nim jedynie bardzo dobre aktorki (i aktorzy – Chyra ❤ ). Juliette Binoche – nie powiem, że jak zawsze, bo nie widziałam jej wcześniej w żadnym filmie , ale gra bardzo dobrze. Tak samo, jak Joanna Kulig, której ogólnie nie lubię i druga dziewczyna grająca prostytuującą się studentkę. Ona do tego jest śliczna. Dobry zestaw.

Historia, która w filmie poruszyła mnie bardziej niż losy studentek, to historia  Anne, dziennikarki piszącej artykuł o sponsoringu. To kobieta w średnim wieku, którą przytłacza brak jakiegokolwiek zrozumienia ze strony bliskich, zwłaszcza męża. Przykre. Może i taki był zamysł, żeby pokazać, że to mimo wszystko jej losy są najsmutniejsze, ale pokazanie brutalnego życia młodych dziewczyn przytłacza jej historię i już nie wiadomo komu bardziej współczuć. Dwie takie trudne historie w jednym filmie to za dużo. Wolałabym zobaczyć jedną, ale bardziej pogłębioną.

Tak więc nie polecam i czekam z utęsknieniem na film na prawdziwą miarę osobowości Szumowskiej! A, no i może wtedy podpisze się pod nim jako Małgorzata (w ostateczności Gośka), bo Małgośka jest jakieś strasznie irytujące.