Monthly Archives: Styczeń 2012

zimowa sałatka wieloskładnikowa

Zwykły wpis
zimowa sałatka wieloskładnikowa

Już miałam nadzieję, że w tym roku ominie nas szerokim łukiem. Ale nie, nie dała za wygraną. Zima! Przyszła na dobre. Wcale się z tego nie cieszę. Nie chciałabym być niegościnna, ale może by jednak sobie wróciła tam, skąd przyszła? Brrr!

A ja dziś mam dla Was przepis na pyszną, zimową sałatkę. Zimową, bo wszystkie składniki można z łatwością dostać niezależnie od pory roku.

Składniki:

2 torebki ryżu,

mała pierś z kurczaka lub inny kawałek kurczaka (gotowany, pieczony lub smażony – obojętnie)

pół szklanki żurawiny suszonej,

pół szklanki orzechów włoskich,

cebula fioletowa,

2 łodygi selera naciowego,

pół pęczka zielonej pietruszki,

kilka łyżek jogomajo (lub jogurt naturalny pomieszany z majonezem),

łyżka soku z cytryny,

sól, pieprz.

Prościutki i szybki sposób przyrządzenia:

Ryż gotujemy pamiętając, żeby nie przegotować (nie może się z niego zrobić ciapka), następnie studzimy. Kurczaka kroimy w kostkę, podobnie selera. Orzechy, cebulę, pietruszkę i żurawinę też siekamy. Wszystko łączymy i dodajemy kilka łyżek jogomajo, sok z cytryny, duuużo pieprzu i sól jeśli potrzeba. I szamiemy takie oto pyszności:

Hit i Kit

Zwykły wpis
Hit i Kit

Tytułowe hit i kit to dwie książki, które niedawno miałam okazję czytać (jednej właściwie jeszcze nie skończyłam). Poza wspólnym motywem podróży w czasie, nie łączy ich nic. Zacznę od hitu.

Książkę „Zaklęci w czasie” pożyczyła mi koleżanka z pracy. Była nią zachwycona, ale ja podeszłam sceptycznie. Książka o gościu, który podróżuje w czasie? To nie może się udać. Nie dla mnie. Już po kilku stronach okazało się, że to tak naprawdę historia o miłości. Trudnej, bo nie jest łatwo poradzić sobie z uczuciem do faceta, który niemal codziennie znika i udaje się do innego czasu. Czasem do przeszłości, czasem do przyszłości.  Nigdy nie wie, gdzie się znajdzie i wcale sobie tego nie życzy. Ot, taka choroba genetyczna. Audrey Niffenegger miała bardzo ciekawy pomysł na książkę. Okazuje się, że to nie tylko nasza opinia, bo właśnie wygooglałam, że trzy lata temu na podstawie powieści powstał film. Jak skończę czytać, to pewnie go obejrzę.

„Zaklęci w czasie” przypomnieli mi inną książkę – „Intruza” Stefanie Meyer (tak, tej od „Zmierzchu”). Ją też można by określić jako science fiction, a tak naprawdę jest fantastyczną historią miłosną. Wniosek? Nie można się uprzedzać, bo łatwo przegapić interesujące pozycje.

Przechodząc do kitu: to książka polecona mi przez inną koleżankę. Na szczęście jest dużo krótsza od prawie 700-stronicowych „Zaklętych w czasie”. „Za drzwiamiMichaela Marshalla Smitha to historia chłopca, którego po rozwodzie rodziców zaczynają spotykać dziwne przygody w mieszkaniu sąsiadki-staruszki. Przenosi się w czasie i ma okazję zobaczyć, jak kiedyś wyglądało życie służby w tym domu. I tyle, koniec. Nie widzę w tej historii sensownego przesłania. Może gdyby nieco przerobić styl powieści, byłaby to dobra książka dla dzieci? Mimo to przeczytałam ją do końca, bo tak już mam, że jak coś zacznę, to i skończę. Stanowczo jednak nie polecam.

kolejny weekendzik idzie !

Zwykły wpis

Weekend zbliża się wielkimi kroczyskami i trzeba go jakoś sensownie zaplanować. Ja już swoje plany mam. Najbardziej nie mogę doczekać się soboty, którą spędzę w saunach i na masażach w spa! Jeśli Wy jeszcze nie macie planów, to mam kilka propozycji:

Po pierwsze, jeśli jeszcze nie widzieliście naszego kandydata do Oscara, to musicie się wybrać. No nie ma innego wyjścia i już. Że to świetny, a zarazem przerażający film, to nie ma co gadać. Trzeba po prostu zobaczyć, bo słowa nie na za wiele się tu zdadzą. Ale druga kwestia: nie co roku zdarza się, że polski film dostaje nominację. To kolejny powód, dla którego „W ciemności” powinni zobaczyć wszyscy. Także, kto jeszcze nie miał okazji – marsz do kin!

w ciemnosci plakat

(Czy Wam też wydaje się, że ten plakat jest tragiczny?!?  Wygląda jak ujęcie z jakiejś kreskówki, albo co… Za dużo fotoszopka :|)

Moja propozycja nr 2 też ma wiele wspólnego z ciemnością. Dowiedziałam się w tym tygodniu od koleżanki, że do Polski zawitała Niewidzialna Wystawa, której się nie ogląda, tylko się ją czuje! Po ekspozycji oprowadzają niewidomi, którzy wprowadzają zwiedzających w całkowitą ciemność. Zmusza to do wytężania pozostałych zmysłów. Podobno niesamowite przeżycie. Ja wybieram się w niedzielę. Szczegóły tutaj.

I ostatnia propozycja – teatr, dobry na wszystko! Myślałam, że zachęcę Was do wybrania się na sztukę „Kiedy Harry poznał Sally” do teatru „Kwadrat”, ale okazało się, że jednak jej nie grają w ten weekend. Tak czy inaczej, jeśli będziecie mieli okazję, to bardzo polecam. Ja szłam z dość sceptycznym nastawieniem. Naczytałam się wcześniej o przeraźliwej grze Marty „Drewno-Trzbiatowskiej”, która psuje całą sztukę, a ratuje ją tylko odrobinę Małaszyński. I po stokroć się z tym nie zgadzam – oboje radzą sobie świetnie. Dawno się tak nie uśmiałam. Temat relacji damsko-męskich jest zawsze na czasie i zawsze można z niego zrobić dobrą komedię. Polecam pójść na wejściówki, które kosztują 30 zł (bilety chyba od 80 zł), bo schody teatru są bardzo wygodne – przynajmniej nogi można rozprostować.

Ale to rada na przyszłość, a w ten weekend sami wybierzcie coś dla siebie. Polecam moją ulubioną stronę do wyszukiwania spektakli: KLIK Jest tu wszystko!

No i cóż, miłego weekendu Kochani!

w Służbie przeciw nietolerancji „Służące”

Zwykły wpis

Niedziela wieczór to chyba najgorszy moment w tygodniu. Jutro do pracy 😦 Choćby się ją nie wiem jak lubiło, to i tak myśl o wstaniu z łóżka o 6 rano i rozpoczęciu kolejnego tygodnia przeraża. Weekend za to upłynął mi świetnie, bo zakupowo. Torby oczywiście nie znalazłam, ale kilka innych perełek do domu przywlokłam 🙂

Nie o zakupach chciałam dziś jednak napisać, a o filmie – znów. Może minęłam się jednak z powołaniem i zawodowo powinnam mieć coś wspólnego z branżą filmową 🙂 Najbardziej lubię o tym pisać, bo mogę sobie w ten sposób poukładać własne przemyślenia. Czasem jest tak, że wychodzę z kina i jest we mnie mnóstwo emocji, które jednak w wirze codziennych zajęć szybko ulatują. Tym bardziej, jeśli nie mam z kim o tym pogadać. A kiedy zasiadam do klawiatury, wtedy wszystko na nowo przetrawiam, układam w głowie i pozostaje we mnie na dłużej. Z tego też powodu, że piszę bardziej dla siebie, nie umieszczam tu długaśnych recenzji z opisami fabuły. Poprzestaję na swoich przemyśleniach, i tak też będzie tym razem.

We wtorek zostaną ogłoszone nominacje do Oscarów. Mam nadzieję, że film, o którym za chwilkę, znajdzie się na liście (liczę też oczywiście na „W ciemności”, które obejrzę dopiero jutro). Chodzi o Służące. Pewnie wielu z Was widziało ten film, bo był jakiś czas temu dość głośny, mimo że nieszczególnie w Polsce rozreklamowany.

Historia dzieje się w Stanach w latach 60. Moda dziennikarka postanawia sprzeciwić się poniżaniu i wykorzystywaniu czarnoskórych służących przez bogate Amerykanki. Spisuje ich historie i wydaje książkę. Film jest przede wszystkim wzruszający, czasami dowcipny, dobrze zagrany.

Najbardziej poruszające jest to, że nie tak dawno temu traktowanie czarnoskórych, jak podludzi, było na porządku dziennym. I to w Stanach, wielokulturowym, tolerancyjnym kraju. Stąd już całkiem niedaleko do nazizmu w wydaniu hitlerowskim.

Jeszcze gorsze jest uświadomienie sobie, że tacy ludzie istnieją do dziś. Jest ich na szczęście niewielu. Trzeba przyznać, że trochę się zmieniło (w końcu najważniejsza osoba w USA jest czarna), ale ciągle słyszy się o przypadkach skrajnego rasizmu. Poniżane są różne grupy i chociaż wydaje się, że to margines i generalnie żyjemy w tolerancyjnych społeczeństwach, to czym innym jest opowiadanie dowcipów o gejach, czy Żydach? Dobrze, że są filmy, które potrafią skłonić do zastanowienia się nad ważnymi kwestiami w tak szerokim spectrum. Bo to, że „Służące” pokazują case kilku osób z małego miasteczka, historie czarnoskórych służących, nie znaczy, że nie mówią o nietolerancji w ogóle.

Zdaję sobie sprawę, że to, co piszę, brzmi mocno górnolotnie, może trochę banalnie. Ale krew mnie zalewa, jak ludzie tak traktują innych ludzi – TAKICH SAMYCH, jak oni. No co ja zrobię, że NIE TOLERUJĘ NIETOLERANCJI 😐

w poszukiwaniu torby-teczki

Zwykły wpis

W weekend przyjeżdża do mnie Mama. Oczywiście wybieramy się na zakupy. Mam w planach upolowanie kilku pierdół, ale najbardziej teraz chciałabym znaleźć torbę, którą sobie wymyśliłam. Pan T. zawsze się ze mnie śmieje, że najgorzej, jak wymyślę sobie, co chcę mieć. Wtedy nie ma szans, żebym znalazła to w sklepie. No, może za dwa sezony, kiedy już tego nie będę chciała  🙂 Mam nadzieje, że tym razem tak nie będzie. W końcu – umówmy się – torby-teczki powróciły do łask już kilka sezonów temu. Jet ich sporo: te wygrzebałam na kilku pierwszych stronach googli.

Każda ma coś, co chciałabym mieć w swojej, ale żadna nie jest taka w całości. Moja powinna przede wszystkim:

– być zamszowa (niekoniecznie naturalna)

– zrobiona ze sztywnego materiału

– mieć z przodu dwie kieszonki zapinane na sprzączki

– w środku mieć takie kieszonki na długopisy (jak niektóre z powyższych mają na zewnątrz)

– no i kolor – z tym najgorzej. Najlepiej, żeby miała kolor torby, którą aktualnie eksploatuję i powoli przestaje się nadawać do czegokolwiek. Ciężko go określić: taki szaro-beżo-brąz…

Może wiecie, gdzie takiej szukać? 😉 😉


Chuck i Blair

Zwykły wpis

Tak, jak wspomniałam wczoraj, będzie dziś o filmach z Chuckiem i Blair. Serialowa para z „‚Plotkary” wzbudza mnóstwo emocji, kto zna ten serial, wie o czym mówię.

Tak naprawdę nazywają się Leighton Meester i Ed Westwick, i w prawdziwym życiu raczej nie mają się ku sobie.   Chciałam zobaczyć ich w innych wcieleniach, więc obejrzałam dwa filmy „Chalet girl” i „The Roommate” . Oba mogę polecić, nadają się do obejrzenia 🙂

Chalet girl” z Edem Westiwckiem to typowa komedia romantyczna. Od pierwszych scen nie jest tajemnicą, co się wydarzy pod koniec filmu. Ale mimo to jest dość zabawna, miła, lekka. Jak ktoś lubi zimowe sporty, może dodatkowo pooglądać sobie niezłe akrobacje na deskach. Śmieszny jest do tego brytyjski akcent, z jakim mówi większość bohaterów. Może nie „trzeba”, ale „można” obejrzeć.

The roommate” to z kolei trochę przerażająca historia dziewczyny, która ma obsesję na punkcie swojej przyjaciółki i nie dopuszcza do niej innych ludzi. Zakończenie jest trochę przesadzone i można by też pogłębić niektóre wątki, wejść głębiej w psychikę bohaterów. Generalnie jednak film trzyma w napięciu i dobrze się go ogląda. Poza tym przypomniał mi o tym, żeby uważać na ludzi, którzy są zbyt zaborczy i wysysają z nas całą energię. Dziewczyna z filmu to przypadek ekstremalny, ale podobne wampiry energetyczne, w lżejszym wydaniu, można naprawdę nierzadko spotkać w realu. Miałam okazję się przekonać…

Ostatecznie „Chalet Girl” dostaje ode mnie 6 na 10. No… może 6 i pół  – dzięki „Chuckowi” 🙂 A „The Roommate” to 8 na 10, bo Meestern gra w nim bardzo dobrze, pasuje jej rola psychopatki 🙂

serialowy zawrót głowy

Zwykły wpis

Nie każdy wie, skąd się wzięły seriale. Ich historia jest ciekawa, bo pojawiły się już w początkach istnienia telewizji, kiedy nie było jeszcze reklam telewizyjnych w dzisiejszym rozumieniu. Tworzono więc krótkie reklamy-seriale, trwające 10 minut, w czasie których kilka razy bohaterowie wspominali, czy używali reklamowany przedmiot. Mogła to być np. historia gospodyni domowej, która zaprasza koleżanki na plotki i zawsze popijają przy tym NAJLEPSZĄ KAWĘ NA ŚWIECIE.

Po pewnym czasie dwie formy rozdzielono, reklamy skrócono, seriale wydłużono. I mamy to, co mamy (chociaż popularne ostatnio „lokowanie produktu w audycji”, czyli inaczej product placement, wydaje się być powrotem do źródeł).

Są dziś ludzie, którzy twierdzą, że seriali nie oglądają z zasady, ale właściwie czego nie oglądają? Bo seriale są tak różnorodne, że ciężko powiedzieć, czym są. Co łączy „Zbuntowanego Anioła”, „Doktora Housa” i „CSI”? Nic, poza tym, że są podawane widzom w odcinkach. To chyba za mało, żeby stwierdzić, że wszystkie seriale ogłupiają i nie warto tracić na nie czasu.

Ja oglądam dużo seriali. Oto moje  serialowe TOP 10 (kolejność przypadkowa). Niektóre są bardziej ambitne, inne mniej. Jedne zabawne, drugie trzymające w napięciu. Wszystkie wciągają 🙂 Na długie, zimowe wieczory seriale to świetna sprawa.

1.  „Czas Honoru” (bez zbędnych słów, bo pisałam o nim już tu)

2. „Plotkara” (Historia tzw. bananowej młodzieży z Manhattanu. Pokazuje zupełnie inny świat ludzi jeżdżących limuzynami, ubierających się u najlepszych projektantów, ale jedzących… pierogi. Polskie akcenty w filmie – zdarzają się nawet polskie dialogi – to dodatkowy plus. Mój ulubiony wątek to, rzecz jasna, uczucie Chucka i Blair. Postanowiłam sprawdzić, jak radzą sobie w innych produkcjach, więc jutro wpis na ten temat 🙂 )

3. „Odwróceni” (Polski serial sensacyjny inspirowany historią mafii wołomińskiej i pruszkowskiej. No i genialny Więckiewicz! Już tak dawno oglądałam ten serial, że mam ochotę do niego wrócić.)

4.  „Pretty Little Lires” (Serial taki trochę dla nastolatek, ale wciąga na maksa. To historia grupy amerykańskich nastolatek, z których jedna zostaje zamordowana, a resztę zaczynają spotykać bardzo dziwne sytuacje.)

5. „Oficer” i  „Oficerowie” (Kolejny sensacyjny polski serial. Obie serie były mocno pokręcone, a to w serialach lubię najbardziej. Dużym plusem jest Szyc świetnie grający policjanta, Kruszona, ale też cała pozostała obsada: Różdżka, Chyra, Gruszka, Małaszyński, Frycz itd.)

6. „Usta Usta” (Tego serialu, podejrzewam, nie trzeba przedstawiać. Jakoś tak się dzieje, że seriale TVN-u zdobywają sobie zawsze mnóstwo fanów, a nie wszystkie są dobre. Natomiast „Usta Usta” były rewelacyjne, przezabawne, wzruszające. Trzeba obejrzeć!)

7. „Londyńczycy” (Żałuję, że już się skończyli, bo obiło mi się o uszy, że mają być kolejne serie, a tu nic. To historie polskich emigrantów w Anglii. Mam wrażenie, że może serial trochę się spóźnił, bo kiedy rozpoczęła się emisja, dużo ludzi już powracało z Wysp. Tak czy inaczej serial ciekawy, a i obsada niezła: Żurek, Maćkowiak, Bosak, Więckiewicz, Gąsiorowska.)

8. „Tancerze” (Podobnie jak „Londyńczycy” emitowany w TVP 2. Nie zdobył sobie popularności, czemu się dziwię. Zamiast oglądać wątpliwej jakości wygibasy celebrytów w „Tańcu z Gwiazdami”, lepiej popatrzeć na profesjonalnych tancerzy. Pięknych tanecznych scen w serialu nie brakowało, do tego niezłe historie studentów i profesorów szkoły tanecznej, no i super role Mecwaldowskiego i Dorocińskiego.)

9. „Głęboka Woda” (Ten serial aktualnie emituje Dwójka, w niedziele o 21.10. W każdym odcinku twórcy pokazują poruszające historie ludzi szukających pomocy w Ośrodku Pomocy Społecznej. No i ponownie rola Dorocińskiego, jako dyrektora OPS-u – moim zdaniem powinien za nią dostać jakąś nagrodę. Gra tu wspaniale!)

10. „CSI – kryminalne zagadki Miami” (Bohaterscy policjanci łapiący złych przestępców w przepięknej scenerii Florydy. Schemat znany, ale wciąż lubiany. Zwłaszcza jeśli na własne oczy widziało się miejsca, gdzie rozgrywa się akcja serialu. Floryda to najwspanialsze miejsce, w jakim byłam, więc nic dziwnego, że lubię sobie na nią popatrzeć na ekranie. No i ci odważni policjanci… 🙂 )