Monthly Archives: Grudzień 2011

Sylwestrowa Sałatka Ryżowa

Zwykły wpis
Sylwestrowa Sałatka Ryżowa

Jakoś ostatnio rzadko tu bywam. Ale cóż poradzę, nawał różnych zajęć – bo nie powiem obowiązków. Obowiązki źle się kojarzą, ja całkiem miło sobie spędzam czas. Dziś jedna z moich fejsbukowych znajomych napisała „Cieszę się, że muszę wstawać o 6 rano, i że nigdy się nie wysypiam. To znaczy, że w moim życiu dużo się dzieje.” Podpisuję się pod tym czterema kończynami.

Jutro pewnie się tu nie zjawię, więc życzę wszystkim wspaniałej zabawy sylwestrowej! Moja pewnie taka będzie. Kreacja już gotowa, przed chwilą skończyłam przygotowywać mój przydział jedzeniowy – sałatkę z ryżu. Podaję Wam przepis, bo jest bardzo prosta, może nie za bardzo wyględna, ale pyszna i pożywna. Może komuś się przyda jeszcze na jutrzejszy wieczór.

Składniki:

torebka ryżu

4 korniszony

1 duża cebula

pieczarki (nie wiem ile, kupuję na oko – ale lubię sporo)

majonez

sól i duuużo pieprzu

Ryż gotujemy (byle nie przegotować, żeby nie zrobić z sałatki papki), studzimy dodajemy pokrojone w kostkę korniszony, cebulę i podsmażone na maśle pieczarki. Wszystko mieszamy z majonezem i sporą ilością pieprzu. Sól może okazać się zbędna, jeśli posoliliśmy ryż przy gotowaniu, więc trzeba najpierw spróbować.

Sałatka nie jest zbyt piękna, bo jest dość blada. W oryginalnym przepisie była jeszcze posiekana natka pietruszki, która nadaje nie tylko charakterystycznego smaku, ale i żywszego koloru. Tak więc jeśli ktoś lubi – proszę bardzo, można dodać pełną witaminki C pietruszkę 🙂

Znalazłam za to piękny sposób podania podobnej sałatki:

Tak więc raz jeszcze udanej jutrzejszej nocy (bawcie się na całego, bo nie
wiadomo, czy po północy świat się nie skończy, w końcu to słynny 2012 🙂 )

Reklamy

Wesołych Świąt

Zwykły wpis

No to mamy kolejną Wigilię… Wiadomo, tradycyjny polski dom, więc przygotowaniom nie ma końca. A więc chciałabym tylko złożyć Wam szybciutkie, ale równie szczere, najpiękniejsze życzenia na te Święta: przede wszystkim spokoju i wytchnienia od codziennych spraw. No i żebyście nie pękli z przejedzenia 🙂

  A tak wygląda świąteczna wersja domu moich rodziców. Przepraszam za niewyraźne zdjęcia, ale były robione telefonem – oczywiście nie zabrałam na Święta aparatu 😐

penne ze szpiankiem

Zwykły wpis

Wczoraj na obiad upichciliśmy moje ulubione, popisowe danie wg własnego, autorskiego przepisu. Wiele osób już je u nas próbowało i nawet największym sceptykom, którzy twierdzili, że trawy nie jadają, smakowało 😉 Polecam więc, bo jest dość proste w przygotowaniu, a dla mnie najpyszniejsze na świecie 🙂

Składniki:

makaron penne (My ostatnio używamy makaronu pełnoziarnistego penne Lubelli. Jest trochę droższy niż tradycyjny, ale przy ilościach makaronu, które jadamy, warto zastąpić go czymś zdrowszym, i mniej tuczącym oczywiście. W smaku nie ma natomiast większej różnicy.)

kostka szpinaku mrożonego – koniecznie z Lidla (jest przepyszny, zawiera od razu śmietanę), ale kiedy jest świeżym, to oczywiście najlepiej świeży.

jedna pierś z kurczaka

pół słoika suszonych pomidorów

cebula (Albo i dwie. My lubimy dużo :))

i duuużo przypraw: bazylia, oregano, zioła prowansalskie, papryka ostra, papryka słodka, pieprz, trochę warzywka/vegety

I prosty przepis:

W niedużym garnuszku na niewielkim ogniu rozpuszczać powoli szpinak. Na dużej patelni zeszklić pokrojoną w kostkę cebulę, dodać pokrojoną w sporą kostkę pierś z kurczaka. Posmażyć kilka minut. Dołożyć rozpuszczony szpinak i pokrojone w mniejsze kawałki suszone pomidory. W międzyczasie ugotować makaron – oczywiście al dente 😉 I najważniejsze: dodać dużo przypraw. Naprawdę dużo, bo inaczej danie będzie bez smaku, a musi być ostre. Dotyczy to szczególnie właśnie takiej wersji, bez czosnku. Zdaję sobie sprawę, że szpinak i czosnek są prawie jak bliźnięta syjamskie, ale co poradzę, kiedy czosnku nie trawię! Dlatego nadrabiam innymi przyprawami. A więc dużo, dużo przypraw. Potrzymać jeszcze trochę na ogniu, żeby składniki się połączyły. I już! A nie, jeszcze 😉 Jak ktoś lubi, to warto posypać świeżutkim parmezanem 🙂

Smacznego!

Inny świat

Zwykły wpis

Jutro podobno niedziela handlowa, więc jeśli trzymać się tej dawnej nomenklatury, to dziś dla mnie wypada sobota pracująca. I to jak pracująca!! Od 6.30 rano!  Fakt, że dzięki temu zyskałam wolny piątek przed Wigilią, ale co przeżyłam w drodze do pracy, to przeżyłam. Pech chciał, że akurat wczoraj zepsuło nam się au(di)tko 😦 Musiałam więc w środku nocy – no, o 5.30, ale ciemno i głucho było, jak nocą – a więc musiałam gnać do pracy autobusami. Byłam zbyt zaspana, żeby czytać, więc podglądałam innych pasażerów. Przypomniała mi się wtedy rozmowa z moją Urszulą, która często jeździ do pracy o 7 rano, dzięki czemu zaobserwowała kolosalną różnicę między ludźmi podróżującymi właśnie przed 7, a tymi przed 9. Dziś dowiedziałam się, o czym mówi. Na co dzień  w autobusach jadących w moim kierunku, o mojej porze, przeważają krawaciarze z teczkami, jadący do okolicznych biurowców. Rozmawiają przez telefony lub mają na uszach słuchawki. Często czytają książki lub gazety. Niekiedy prowadzą interesujące, śmieszne rozmówki, którym lubię się przysłuchiwać. Nie powiem, zdarzy się czasem niedomyty pijaczek, ale to raczej sporadyczne przypadki. Generalnie widać, że to mniej więcej zadowoleni z życia ludzie. Na 7 natomiast jadą pracownicy fizyczni. Zmęczeni pracą i życiem w ogóle. To widać. Troszkę byłam sceptyczna, gdy mówiła o tym Ula. Dziś zobaczyłam to samo. Nie licząc grupek chłopaków z piwem w łapie, wracających do domu po piątkowej imprezie, od większości ludzi biły smutek, zmęczenie i znudzenie. Można zwalić to na wczesną porę, ok. Ja też nie miałam mocno zadowolonej miny. Ale mówcie, co chcecie – to widać. Możecie teraz powiedzieć, że dzielę ludzi na klasy, czy nawet dyskryminuję, ale nieprawda. Ja stwierdzam fakt. I przykro mi  z tego powodu, i współczuję tym ludziom, i mam jednocześnie nadzieję, że nigdy nie będę zmuszona wkroczyć w ich świat, inny i dziwny świat.

Co do mojej pracy, to jestem zadowolona 🙂 Ale chyba najbardziej cieszy mnie zawsze myśl o powrocie do domu, gdzie KTOŚ czeka. Bez tego byłoby smutnawo, choć jak wychodzę rano a ten ktoś smacznie przekręca się na drugi bok, to mam ochotę go zabić 🙂  I w wielu innych momentach mam ochotę zabić go podwójnie, ale nie oddałabym go za nic! Pewnie wiele osób tak ma i żadna to nowość 🙂 Podobną historię pokazuje dość zabawna  sztuka, którą grają w Teatrze Kwadrat, „Boso przez park”. Polecam, zwłaszcza parom, które często mają ochotę się nawzajem pozabijać 🙂

„Krzyżacy” w Warszawie

Zwykły wpis
„Krzyżacy” w Warszawie

Wybraliśmy się wczoraj do Sali Kongresowej, by zobaczyć taki dziwny twór, co się rock opera zowie. W dodatku na podstawie „Krzyżaków”. Było wspaniale. Mocne, rockowe utwory w wykonaniu świetnych artystów: Gadowskiego, Balcara, Silskiego i innych. Jeśli chodzi o wykonawców, to nie rozczarowali mnie Gadowski i Balcar (który całą przerwę w przedstawieniu klęczał – aż nam się go szkoda zrobiło), a bardzo pozytywnie zdziwił też Jacek Lenartowicz, o którym nie miałam pojęcia, że ma taki mocny głos. Najbardziej jednak zaskoczył mnie głos Cezarego Studniaka, którego wcześniej w ogóle nie znałam. Facet wydaje z siebie dziwne, ryczące, ale wspaniałe dźwięki, które przyprawiały mnie o dreszcze. Szczególnie niesamowita była jego partia piosenki „Granda – nie ma sposobu na Juranda”. Całość urozmaicał balet, ale do niego akurat mam najwięcej zastrzeżeń. Może mi się wydaje, ale był jakby niedopracowany… To tylko jeden minus, poza tym historia była ciekawa, na pewno ciekawsza od samej książki (mówi to polonistka:)). To pewnie dzięki temu, że z powieści reżyser wydobył najbardziej uniwersalne wątki, które przemawiają do widza także dziś, szczególnie te miłosne. Co do samego reżysera, to jak się okazało, sam występował w sztuce, a na koniec walnął krótką, zabawną mówkę – to też było bardzo sympatyczne. Generalnie więc – polecam! Kto miałby okazję (chociaż w Warszawie pewnie dopiero za rok) warto zobaczyć to oryginalne widowisko. Tutaj znajdziecie rozkład jazdy „Krzyżaków” KLIK

filmowo

Zwykły wpis
filmowo

Ostatnio pisałam, że jest kilka filmów, o których warto tu wspomnieć. Tak, wspomnieć, bo nie powiem, że zrecenzować. Od tego jest filmweb i stron innych kilka. Tutaj przeczytacie wyłącznie moje opinie zamknięte w paru skromnych zdaniach.

No to dla porządku:

numer 1: „Incendies”/”Pogorzelisko”

To francuski dramat z 2010 roku roku. Nie jest znany szerszej publiczności – i nic dziwnego. Film jest ciężki i mnóstwo w nim „artystycznych” dłużyzn, głównie ukazujących wojny domowe w Libii. Są one tłem dla właściwej historii rodzeństwa, które po śmierci matki wypełnia jej ostatnią wolę – tym samym odkrywając tragiczne dzieje rodziny, choć to chyba mało powiedziane. Gdyby historia ta została opowiedziana w bardziej przystępny sposób, bez wojennego tła, to myślę, że film miałby szansę stać się hitem na miarę hollywoodzkich produkcji. Ale dobrze się stało, że się tak nie stało 🙂 Wtedy sukces filmu opierałby się głównie na kontrowersyjnym temacie i najniższych ludzkich odruchach. A tak, czuć w nim jednak coś więcej. Sprawdźcie, czy mam rację 🙂

numer 2: „Czarny Czwartek – Janek Wiśniewski padł”

Tego filmu raczej nie trzeba przedstawiać. Jeszcze niedawno było wokół niego dużo szumu. Ma wiele wspólnego z „Pogorzeliskiem”, bo oba pokazują kawał tragicznej historii nieszczęsnych narodów. I co by nie mówić, warto kręcić takie filmy, choćby na pamiątkę ofiarom wojen i zamieszek. Szczególnie Krauzemu zarzucano, że dramatyzuje, czy wręcz melodramatyzuje, czasem przekłamuje historię. Dla mnie to schodzi na drugi plan. Ludzie w 1970 ginęli? Ginęli. Nie da się zaprzeczyć. Więc hołd im się należy, niezależnie od poglądów. Przy okazji przypomina mi się świetna, choć kontrowersyjna scena z „Psów”, która z kolei mnie nie bulwersuje. Mam wrażenie, że czasem potrzeba wzruszających obrazów, jak z „Czarnego Czwartku”, ale czasem trzeba też rozładować napięcia w sposób, w jaki zrobił to Pasikowski. Zobaczcie:

numer 3: „Fuks”

Na koniec już lekko i przyjemnie. Ostatnio na TVP Kultura trafiłam na „Fuks”. Zawsze oglądałam go kawałkami, teraz wreszcie miałam okazję zobaczyć całość. No i cóż mogę powiedzieć. Kochałam Stuhra kiedyś (teraz już jakoś mi nie podchodzi ), a Gajosa wielbię wciąż. Obie role – wspaniałe i wspaniale zagrane.  I moja ulubiona scena, kiedy Gajos pisze na komputerze! Cud, miód, malina! 🙂 Trochę gorzej z Krukówną, ale może przemilczmy 🙂 Jakkolwiek patetycznie to zabrzmi, teraz już takich polskich komedii nie ma. Uśmiałam się do łez. Pewnie każdy z Was już to oglądał, ale jeśli komuś nie przeszkadza oglądanie dwa razy tego samego filmu, to gorąco polecam. Na wyluzowanie i wesoły wieczór – idealny 🙂

Dobranoc 🙂

strawberry santa

Zwykły wpis

Dziś wpadłam tylko na chwilę, bo chciałam się z Wami podzielić śmieszną świąteczną inspiracją 🙂 Tak, nie lubię Świąt, a wbrew temu przez ostatnie kilka dni przeszukuję internet w poszukiwaniu świątecznych dekoracji itp. Ale to wszystko przez dziewczyny, które na blogach pokazują tak fantastycznie ozdobione mieszkanka – szczególnie własnoręcznie przygotowywanymi dekoracjami – że trudno oprzeć się tej gorączce. Takiego talentu, jak one nie mam, więc powoli gromadzę kupowane ozdoby. To dwie moje ulubione blogerki, którym nieustannie zazdroszczę zdolności:

http://ewamaison.blogspot.com/

http://podnorweskimniebem.blogspot.com/

A to ciekawostka, o której wspomniałam: