Monthly Archives: Październik 2011

zimowe zbrojenia

Zwykły wpis

Pogodynki wieszczą, że w ten – dla wielu osób długi – weekend wraca do nas łaskawa, złota Jesień. Ale ja mam przeczucie, że robi to tylko po to, by na dobre powiedzieć nam „do widzenia”. Dlatego już teraz zabezpieczam się przed nadchodzącymi mrozami. To mój ostatnio zakupiony (i otrzymany w prezencie) arsenał, który na pewno dobrze posłuży w walce z okrutną Zimą.

Jakoś tak wyszło, że wszystko w szaro-burych kolorach , ale co poradzić, kiedy takie lubię. Więcej nawet, planuję kupić brązowe butki na zimę, ale myślę, że poczekam do przecen, które tak naprawdę już niebawem.

Poza tym ostatnio byłam z mamą na ogromnych zakupach, co rzadko nam się zdarza, bo wiecznie nie ma na to czasu. Tym razem mama przyjechała do mnie, nie martwiłyśmy się niczym i bite sześć godzin łaziłyśmy po sklepach. Wróciłyśmy bardzo zadowolone. A ja najbardziej, bo moje zakupy były całkowicie usprawiedliwione – musiałam odnowić garderobę, bo obowiązuje mnie przecież w pracy dresscode. No cóż, nie miałam wyjścia, prawda? 🙂 Tyle tego, że nawet nie próbuję wszystkiemu robić zdjęć i Was nimi zanudzać 🙂

A więc życzę miłego, długiego weekendu – tym, co go mają.  A tym, którzy – jak ja (jutro do pracy na 7, mmhmm) – nie mają, miłej pracy, szkoły or whatever  🙂

Reklamy

Przyjacielu, won ze ścieżki!

Zwykły wpis

Pamiętacie jak jakiś czas temu zarzekałam się, że będę poruszać się po Warszawce rowerem? I podtrzymuję postanowienie! Zwłaszcza, że moja aktualna pracka znajduje się w sensownej odległości od domu i wzdłuż dużej części trasy biegnie ścieżka rowerowa. Jeszcze teraz śmiga nią mnóstwo rowerzystów, ale dla mnie to za duży hardcore. Zimno, wietrznie, zwłaszcza z samego rana. Ja poczekam więc do wiosny. Kupię wtedy ślicznego holenderskiego rumaka. Martwi mnie tylko, że ktoś mi go ukradnie. No bo te parkingi rowerowe pod budynkami… Cóż z tego, że przypnę rower jakimś badziewnym zabezpieczeniem, jak ktoś będzie chciał, to i tak sobie go weźmie 😐 Zobaczymy, jak to będzie.

Ale cała ta rowerowa sprawa spowodowała, że zaczęłam obserwować rowerzystów i innych uczestników ruchu. Piesi zdają się w ogóle nie przejmować ścieżkami rowerowymi. Łażą po nich, wpadają, w ogóle się nie rozglądając. Wiem, bo sama raz prawie wlazłam prosto pod koła roweru. Od tego czasu mam oczy wokół głowy. Ale nie ma się co dziwić, bo dla nas w Polsce ścieżki rowerowe to właściwie nowość . Ludzie nie są do tego przyzwyczajeni i pewnie wcale nie robią tego złośliwie – jak ja – ale kompletnie nie zastanawiają się nad tym, że powodują zagrożenie na drodze. Pomyślałam sobie, że można by zrobić jakąś małą kampanię społeczną, żeby uświadomić pieszym, jak dzieciom w przedszkolu, że wchodząc na ścieżkę rowerową, „trzeba rozejrzeć się w prawo, w lewo i jeszcze raz w prawo”… A może odwrotnie 🙂

Może coś podobnego do autobusowej kampanii „Przyjacielu, ustąp miejsca”. Może „Przyjacielu, won ze ścieżki” 🙂

Pan Tymochowicz objawia…

Zwykły wpis

Tydzień temu spotkałam się z kilkoma koleżankami. Akurat z torby wystawała mi książka. Ktoś się zdziwił: „Biblia skuteczności? Co to?” Jedna z dziewczyn rzuciła: „Spokojnie, pewnie niedługo przeczytamy o tym na esach-floresach”. No to mówisz – masz. Będzie i o „Biblii Skuteczności” Tymochowicza.

Skończyłam ją czytać kilka dni temu, a nadal nad nią czasem dumam. Tymochowicz większości osób nie kojarzy się zbyt dobrze. Ostatnio pojawiły się nawet teorie, że przyczynił się do samobójstwa Leppera… Zapewne nigdy nie dowiemy się prawdy w tej kwestii. Niezależnie od tego metody pracy i poglądy Tymochowicza i tak budzą wiele kontrowersji. Nie inaczej jest z książką jego autorstwa, w której znajdzie się mnóstwo kontrowersyjnych sądów i opinii. Jak dla mnie niektóre z nich są zwyczajnie bzdurne, jednak jest też cały szereg fascynujących myśli. Można się z nimi zgadzać lub nie, ale na pewno zaciekawiają. Dotyczą natury ludzkiej, budowania relacji,  szeroko rozumianej komunikacji międzyludzkiej. Warto przeczytać, wybrać niektóre z proponowanych przez Tymochowicza metod budowania pozytywnych relacji i przećwiczyć na własnej skórze. Ja to zrobiłam już zanim przeczytałam książkę, bo narzędzia komunikatu otwartego zaprezentowano nam w czasie „Szkoły Trenerów”. I tutaj z czystym sumieniem zaświadczam – komunikat otwarty działa. Czy jest etyczny, to już inna kwestia. Dla mnie użyty w dobrej wierze, bez chęci manipulacji drugą osobą, jest w porządku.

Ale zaraz, wielu z Was zapewne zapyta, co ten Tymochowicz rozumie pod pojęciem komunikatu otwartego. A jeszcze narzędzia komunikatu otwartego? Najchętniej odesłałabym Was bezpośrednio do „Biblii Skuteczności”, ale jeśli ktoś koniecznie chce:  a) szybciej dowiedzieć się o co chodzi, bo nie może już wytrzymać b) w skrócie dowiedzieć się, co chodzi, bo nie chce mu się czytać całej książki :), to odsyłam na stronę Tymochowicza – tutaj. A jeżeli kogoś tak strasznie zafascynuje komunikat otwarty i do tego ma w zanadrzu kilka tysięcy, to polecam szkolenie u Pana Piotra. Nie byłam, nie wiem, ale podejrzewam, że warto 🙂 Na razie zadowoliłam się książką, która notabene jest dobrze napisana,  szybko i przyjemnie się ją czyta. Jest tylko dla mnie jeden mankament – zewsząd przebija pewność siebie pana Piotra, tezy które wygłasza traktuje, jak prawdy objawione. No ale cóż, w końcu to „Biblia Skuteczności”…

 

Antek – sto lat! :)

Zwykły wpis

Dawno już powinien pojawić się tu wpis o świetnym polskim aktorze – Antku Pawlickim. Dziś jest ku temu dobra okazja, bo Antoni świętuje urodziny!

Znajomi śmieją się ze mnie, że tak strasznie fascynuje mnie jakiś aktor, a ja mogłabym patrzeć jak gra godzinami 🙂 W filmach, a jeszcze lepiej w teatrze.

Skończył Akademię Teatralną, jest zdolny, przystojny. Gra wyłącznie w dobrych produkcjach (no może z jednym wyjątkiem, ale co tam 😉 Jak dla mnie za mało grywa w teatrze. Widziałam go w trzech sztukach i mam nadzieję, że nieraz jeszcze będę miała okazję. Trochę więcej pojawia się w teatrach telewizji. Występuje też w świetnym serialu wojennym „Czas Honoru”, o którym pisałam tutaj. Jak na swój wiek – 28 lat – zdobył sporo nagród i wyróżnień. Najwięcej i najbardziej prestiżowe, także międzynarodowe, otrzymał za film „Z odzysku” Fabickiego, w którym zagrał będąc jeszcze na trzecim roku studiów. To także jedna z dwóch moich ulubionych produkcji z jego udziałem. Więcej o filmie tutaj. Naprawdę polecam, bo niewiele osób zna ten film, a jest tego wart.

Drugi z filmów, które najbardziej lubię i cenię, to „Jutro idziemy do kina”. Dość mocno przypomina serial „Czas Honoru”, nawet obsada bardzo podobna. Więcej tutaj.

Baaardzo warto zobaczyć też sztukę „Showtime” w Teatrze Praga. Jeśli spektakle zostaną wznowione, to chyba wybiorę się na nią po raz kolejny. I wcale nie dlatego, że Antek występuje tam „w stroju Adama”, ale dlatego, że jest prześmieszna, a jednocześnie dająca do myślenia 🙂

Równie ważne, jak osiągnięcia artystyczne Pawlickiego, jest jego podejście do swojej pracy. Nie gwiazdorzy, nie biega od imprezy do imprezy, nie bywa na salonach, bo, jak sam mówi, nie lubi tego i nie rozumie. Traktuje aktorstwo profesjonalnie, wybiera tylko to, co naprawdę go interesuje, a nie co zapewnia dużą kasę. Miejmy nadzieję, że tak już zostanie i tego, z okazji dzisiejszych urodzin, mu życzę 🙂

 

A to moje ulubione jego zdjęcie:

Lubię to!

Zwykły wpis

Przeczytałam swój wpis sprzed dwóch dni i tak myślę sobie, że to trochę bełkotliwe… 🙂 Zastanawiam się, czy ktoś poza mną zrozumiał, co miałam na myśli, ale jakoś poczułam potrzebę zapisania tych kilku spostrzeżeń.

A wczoraj z kolei dokonałam dwóch ciekawych odkryć za jednym zamachem. Wpadłam przypadkowo na nowy program w TVP1 „Lubię to!”. To program kulturalny, prowadzony przez dwóch śmiesznych gości, którzy zapraszają bardziej i mniej znanych artystów. Była Janda, Szapołowska, Więckiewicz, czy Witkowski. Ma formułę show, muzyczne przerywniki, wygłupy prowadzących. Można to odbierać różnie, każdy niech sam oceni. Ja uważam, że dziś niestety nudne, przegadane programy nie mają szansy, by przetrwać, a taka formuła urozmaica je i przyciąga widzów. A nie da się ukryć, że w o to głównie chodzi. Jestem więc bardzo na tak, tym bardziej, że goście prowadzących naprawdę trzymają poziom.

Moje drugie odkrycie to właśnie wczorajszy gość Kędzierskiego: Michalina Olszańska. To 19-letnia dziewczyna, która wydaje powieści (pierwszą, gdy miała 16 lat), gra na skrzypcach, rysuje, od tego roku studiuje na Akademii Teatralnej, jest fotomodelką. Do tego jest bardzo ładna i po wczorajszym fragmencie wydaje się bardzo inteligentna. Koniecznie muszę przeczytać którąś z jej książek, bo nie wiem, jaki to tak naprawdę poziom. Dam znać, jak się dowiem 🙂 Niezależnie od tego, osiągnięcia i umiejętności Michaliny są imponujące.

Tutaj blog Michaliny. Poczytajcie, bo jeszcze pewnie będzie głośno o tej dziewczynie – mam nadzieję, że tylko z dobrych powodów.

A we wtorki o 21.50 „Lubię to!” w TVP1.

Getsemani

Zwykły wpis

Szczerze mówiąc, nie planowałam dziś zamieszczać żadnego wpisu, ale zainspirował mnie obejrzany przed chwilą teatr telewizji „Getsemani”. Reżyseria Krzystka, świetna obsada, interesująca, wciągająca fabuła. Warto zobaczyć! Nie będę jednak rozpisywała się na temat fabuły. Można o niej przeczytać tutaj.

Najbardziej dała mi do myślenia ostatnia scena. Ostatnio jakoś tak się złożyło w moim życiu, że zewsząd otacza mnie szeroko rozumiana zmiana, jako jedyny katalizator rozwoju. Czytam o tym, doświadczam. Zmiany, zmiany, zmiany! Jak coś jest nie tak – zmień to. Tego typu stwierdzenia stały się ostatnio moją mantrą. A tu siup!…takie getsemani. Moment załamania, zwątpienia, po którym jednak nie następuje zmiana, a trwanie przy obranej drodze. To dość błahe i oczywiste, ale warto sobie czasem takie oczywistości uświadamiać: trwanie przy czymś, mimo momentów zwątpień, nie oznacza stania w miejscu, często to także rozwój. Ja musiałam to na nowo przetrawić, bo jakoś mi się o tym zapomniało, za bardzo zachłysnęłam się ZMIANĄ.

Polecam sztukę, bo to, co ja z niej wzięłam dla siebie, to z całą pewnością kropla w morzu wartościowych myśli, wątków, spostrzeżeń.

Rebeka

Zwykły wpis

Dziś słów kilka o bardzo dobrej książce, którą skończyłam kilka dni temu. Chodzi o „Rebekę” Maurier du Daphne. To wciągająca, intrygująca historia młodej dziewczyny (która wcale nie ma na imię Rebeka),  która poprzez małżeństwo ze sporo starszym mężczyzną wkracza w tzw. wyższe sfery. Nie może się tam odnaleźć, gnębi ją chorobliwe onieśmielenie wzmagane przez cień poprzedniej żony jej obecnego męża. Mimo że kobieta zmarła kilka miesięcy wcześniej wydaje się, jakby wciąż była panią domu – piękną, dobrą, idealną.

Portret psychologiczny głównej bohaterki jest naszkicowany bardzo precyzyjnie. Jej wewnętrzne rozterki są na tyle realistyczne, że ciągle w myślach starałam się przekonywać ją, żeby zachowała się inaczej, żeby nie dawała się tak traktować, że przecież tak nie można… Mnie nie posłuchała, ale w jej życiu wydarzyło się coś, co sprawiło, że i tak odmieniła swoje zachowanie i sposób myślenia 🙂 Warto dowiedzieć się, co to takiego, bo jest to mocno zaskakujące zakończenie.

Mam teraz ochotę obejrzeć film na podstawie książki Maurier du Daphne. Tym bardziej, że zrobił go Hitchcock (1940). Pół wieku później nakręcono remake – z recenzji wynika, że też niezły.

Na razie polecam książkę. Kiedy obejrzę któryś z filmów, dam znać, czy warto.