Mistrzyni w Paryżu? ;)

Zwykły wpis

Tak jak obiecałam, dwie recenzje, film i książka. Film miał być inny, ale niespodziewanie trafiłam do kina, więc będzie o innym.  O książce z kolei będzie niekoniecznie z najwyższej półki, ale za to przyjemnej i zajmującej.

Najpierw słowo pisane 🙂

Jako że wiecznie narzekam na brak czasu, na czytanie książek też mam go za mało. Na szczęście jest komunikacja miejska. W metrze, tramwajach, autobusach – a poruszam się tym wszystkim – da się zwykle znaleźć jakiś spokojny kąt – nie zawsze siedzący – rozłożyć stronice i przenieść się w inny świat. Dzięki temu nie tracę czasu na dojazdy, jak to się zwykle mawia, a wręcz zyskuję go! Ostatnio w czasie jazdy towarzyszyła mi dość długa książka Sidneya Sheldona, „Mistrzyni Gry”. Jako że wcześniej popełniłam niestety lekturę innej książki tego autora, do tej byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Poprzednia, „Niezawodny plan”, sprawiła mi wielki zawód banalną fabułą i stereotypowymi wątkami, ale namawiana przez mamę sięgnęłam po kolejną. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że „Mistrzyni gry” to wciągająca, porywająca wręcz saga rodzinna. Opowiada losy jednej z najbogatszych na świecie rodzin, począwszy od przygód protoplasty rodu, który uczciwie, acz w potach czoła (dosłownie i w przenośni) zdobywa fortunę, przez rozkład wartości rodzinnych, aż do całkowitej zapaści moralnej członków familii. Losy bohaterów, a jeszcze bardziej bohaterek, są zaskakujące i co bardzo dla mnie ważne – wkurzające (wiem, dziwny ze mnie czytelnik!). Wiele zachowań członkiń rodu Blackwellów budziło mój sprzeciw, miałam ochotę porwać tę książkę i wyrzucić przez okno wprost pod koła nadjeżdżającego z naprzeciwka tramwaju. Nie zrobiłam tego wyłącznie ze względu na pewność, że na koniec jednak każda intryga wyjdzie na jaw i „dobro zwycięży”. Trzeba było jednak książkę wyrzucić, bo happy endu nie było. A przynajmniej takiego, jakiego się spodziewałam. Największe intrygi i zbrodnie zostały zatuszowane dzięki, jak zwykle, kasie.

Jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego warto przeczytać „Mistrzynię gry”, a mianowicie konstrukcja bohaterów. Większość z nich znamy od urodzenia, następnie jako sympatyczne dzieciaki, które później dorastają i lubimy je coraz bardziej – za pasję, młodzieńczą werwę, niezłomność. I nagle okazuje się, że u dorosłych cechy te zostają wypaczone i przechodzą w zawziętość, zawiść, gniew. Nie wiadomo, co wtedy począć ze swoimi uczuciami wobec bohaterów. Kiedy zaczynamy najbardziej ich cenić, nagle pokazują swoją prawdziwą twarz. To interesujący sposób ukazywania postaci, bo dość nietypowy. Zwykle bohaterowie przechodzą przemianę pozytywną, tu odwrotnie… choć właściwie także nie do końca. Najlepsze jest to, że nie da się (no może w większości) jednoznacznie określić, czy mamy do czynienia z bohaterem pozytywnym, czy negatywnym.

A na koniec jeszcze mała uwaga, byśmy dobrze się zrozumieli 🙂 Nie twierdzę, że „Mistrzyni gry” to arcydzieło literatury światowej. Mówimy przecież o lekturze dobrej do czytania w pozycji przycupniętej w tramwaju, który hamuje co minutę i za każdym razem wpadamy nosem w pasażera przed nami. Natomiast temu, że losy rodu Blackwellów wciągają, zaprzeczyć się nie da. Jeśli więc szukasz książki na nadchodzące jesienne wieczory, albo do tramwaju, autobusu, metra, trolejbusu, pociągu, czy czego tam jeszcze, to z czystym sumieniem polecam!

No i jeszcze o filmie. Dość przypadkowo wczoraj znalazłam się w kinie i obejrzałam nowego Allena. Jak zwykle, nie zawiódł mnie! Standardowo już spotkałam się wcześniej z opiniami, że to już nie to co dawny Woody, że jak na niego, to jednym słowem kicha. Mam wrażenie, że opinie na temat ostatnich filmów reżysera zależą od nastawienia. Idąc do kina na „O północy w Paryżu” nie należy spodziewać się arcydzieła na miarę „Manhattanu”. Nie można mu jednak odmówić miana przyjemnej, niebanalnej i ambitnej komedii – z naciskiem na przyjemnej. Dobrze się to ogląda, zabawne literackie nawiązania też niczego sobie, no i rysunek Paryża współczesnego i tego z lat 20.! Aż chciałoby się tam szybko pojechać!

No i na koniec morał! Każde pokolenie tęskni do poprzedniej epoki, każde ma swoją la belle epoque i każde następne też będzie miało. Czy coś Wam to przypomina? No ba, tak jakby kilka dni temu, coś podobnego można było przeczytać na tym blogu 🙂 Miło mi, że mam podobne przemyślenia do Pana Allena :))

Dobranoc!

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s