Monthly Archives: Sierpień 2011

Łatki

Zwykły wpis

Jako że obiecałam kiedyś kilku osobom, że będzie to tez po części blog modowy, a jeszcze nigdy nic o modzie się tu nie pojawiło – czas zacząć.

Urzekły mnie ostatnio łaty na rękawach różnego rodzaju bluzek, swetrów, koszul. Motyw już dobrze znany, od jakiegoś czasu w kolekcjach wielu sklepów. Zawsze jednak w każdej z takich rzeczy coś mi nie pasowało. Tym razem trafiłam na sweter idealny, bo bardzo prosty i klasyczny, w neutralnym kolorze. Kupiłam go w Promodzie, w Starym Browarze.

 

A tu inne propozycje wyszperane w necie:

Muszę zacząć teraz polowanie na jakąś ciekawą koszulę w kratę. Mam ją już w głowie, dokładnie wiem, jak wygląda. Najlepiej, żeby też miała łaty na rękawach! Teraz tylko wystarczy znaleźć taką w jakimś sklepie… Nic trudnego… 😉

Mistrzyni w Paryżu? ;)

Zwykły wpis

Tak jak obiecałam, dwie recenzje, film i książka. Film miał być inny, ale niespodziewanie trafiłam do kina, więc będzie o innym.  O książce z kolei będzie niekoniecznie z najwyższej półki, ale za to przyjemnej i zajmującej.

Najpierw słowo pisane 🙂

Jako że wiecznie narzekam na brak czasu, na czytanie książek też mam go za mało. Na szczęście jest komunikacja miejska. W metrze, tramwajach, autobusach – a poruszam się tym wszystkim – da się zwykle znaleźć jakiś spokojny kąt – nie zawsze siedzący – rozłożyć stronice i przenieść się w inny świat. Dzięki temu nie tracę czasu na dojazdy, jak to się zwykle mawia, a wręcz zyskuję go! Ostatnio w czasie jazdy towarzyszyła mi dość długa książka Sidneya Sheldona, „Mistrzyni Gry”. Jako że wcześniej popełniłam niestety lekturę innej książki tego autora, do tej byłam bardzo sceptycznie nastawiona. Poprzednia, „Niezawodny plan”, sprawiła mi wielki zawód banalną fabułą i stereotypowymi wątkami, ale namawiana przez mamę sięgnęłam po kolejną. Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że „Mistrzyni gry” to wciągająca, porywająca wręcz saga rodzinna. Opowiada losy jednej z najbogatszych na świecie rodzin, począwszy od przygód protoplasty rodu, który uczciwie, acz w potach czoła (dosłownie i w przenośni) zdobywa fortunę, przez rozkład wartości rodzinnych, aż do całkowitej zapaści moralnej członków familii. Losy bohaterów, a jeszcze bardziej bohaterek, są zaskakujące i co bardzo dla mnie ważne – wkurzające (wiem, dziwny ze mnie czytelnik!). Wiele zachowań członkiń rodu Blackwellów budziło mój sprzeciw, miałam ochotę porwać tę książkę i wyrzucić przez okno wprost pod koła nadjeżdżającego z naprzeciwka tramwaju. Nie zrobiłam tego wyłącznie ze względu na pewność, że na koniec jednak każda intryga wyjdzie na jaw i „dobro zwycięży”. Trzeba było jednak książkę wyrzucić, bo happy endu nie było. A przynajmniej takiego, jakiego się spodziewałam. Największe intrygi i zbrodnie zostały zatuszowane dzięki, jak zwykle, kasie.

Jest jeszcze jeden ważny powód, dla którego warto przeczytać „Mistrzynię gry”, a mianowicie konstrukcja bohaterów. Większość z nich znamy od urodzenia, następnie jako sympatyczne dzieciaki, które później dorastają i lubimy je coraz bardziej – za pasję, młodzieńczą werwę, niezłomność. I nagle okazuje się, że u dorosłych cechy te zostają wypaczone i przechodzą w zawziętość, zawiść, gniew. Nie wiadomo, co wtedy począć ze swoimi uczuciami wobec bohaterów. Kiedy zaczynamy najbardziej ich cenić, nagle pokazują swoją prawdziwą twarz. To interesujący sposób ukazywania postaci, bo dość nietypowy. Zwykle bohaterowie przechodzą przemianę pozytywną, tu odwrotnie… choć właściwie także nie do końca. Najlepsze jest to, że nie da się (no może w większości) jednoznacznie określić, czy mamy do czynienia z bohaterem pozytywnym, czy negatywnym.

A na koniec jeszcze mała uwaga, byśmy dobrze się zrozumieli 🙂 Nie twierdzę, że „Mistrzyni gry” to arcydzieło literatury światowej. Mówimy przecież o lekturze dobrej do czytania w pozycji przycupniętej w tramwaju, który hamuje co minutę i za każdym razem wpadamy nosem w pasażera przed nami. Natomiast temu, że losy rodu Blackwellów wciągają, zaprzeczyć się nie da. Jeśli więc szukasz książki na nadchodzące jesienne wieczory, albo do tramwaju, autobusu, metra, trolejbusu, pociągu, czy czego tam jeszcze, to z czystym sumieniem polecam!

No i jeszcze o filmie. Dość przypadkowo wczoraj znalazłam się w kinie i obejrzałam nowego Allena. Jak zwykle, nie zawiódł mnie! Standardowo już spotkałam się wcześniej z opiniami, że to już nie to co dawny Woody, że jak na niego, to jednym słowem kicha. Mam wrażenie, że opinie na temat ostatnich filmów reżysera zależą od nastawienia. Idąc do kina na „O północy w Paryżu” nie należy spodziewać się arcydzieła na miarę „Manhattanu”. Nie można mu jednak odmówić miana przyjemnej, niebanalnej i ambitnej komedii – z naciskiem na przyjemnej. Dobrze się to ogląda, zabawne literackie nawiązania też niczego sobie, no i rysunek Paryża współczesnego i tego z lat 20.! Aż chciałoby się tam szybko pojechać!

No i na koniec morał! Każde pokolenie tęskni do poprzedniej epoki, każde ma swoją la belle epoque i każde następne też będzie miało. Czy coś Wam to przypomina? No ba, tak jakby kilka dni temu, coś podobnego można było przeczytać na tym blogu 🙂 Miło mi, że mam podobne przemyślenia do Pana Allena :))

Dobranoc!

zmiany, zmiany, zmiany

Zwykły wpis

Tyle jest rzeczy, o których w tym momencie chciałabym napisać, ale czasu, jak zwykle, brak. Wybieram więc najważniejsze, a pozostałe pojawią się w następnym tygodniu. Będzie o bardzo ciekawej książce, niezłym filmie, wspaniałym fotografie. Nie zbraknie też relacji i fotorelacji z Poznania. Zapraszam od poniedziałku.

A co dziś? Dziś o czymś dawno obiecanym, bardzo dla mnie ważnym, co będzie miało duży wpływ na moje dalsze życie:

 

Tym, co na zdjęciach, zakończyła się dla mnie „Szkoła Trenerów”, w której brałam udział przez ostatni miesiąc. Owszem, certyfikat także zdobyłam, ale zyskałam coś ważniejszego: pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Jak to się stało? Po kolei.

 

Pierwszego dnia szkolenia byłam przerażona. Trafiłam do grupy osób sporo starszych ode mnie, z bogatym doświadczeniem zawodowym i życiowym. Korporacje, banki, ambasady. Szkoda gadać! No i ja, taka „sierotka marysia”, świeżak po studiach. Było już jednak za późno na zmianę decyzji, więc zostałam. Podjęłam już w głowie postanowienie – jasne jest, że nie zdam egzaminu, ale nie mam zamiaru się tym przejmować. Miesiąc szybko zleci. No i zleciał – zdecydowanie za szybko!

 

Już pierwsze zajęcia pokazały mi ogrom moich własnych możliwości. Gdzieś na końcu głowy zaświtała myśl, że może jednak nie jest tak źle, że tu jestem. Dlatego też wolałam nie pisać nic o kursie na blogu – na wszelki wypadek, gdyby jednak coś w moich odczuciach się zmieniło. Po drugim dniu spędzonym z tym samym trenerem byłam już na tyle zmotywowana, by jak najwięcej skorzystać z kursu (choć nadal byłam pewna, że certyfikatu nie otrzymam). Dzień po dniu, krok po kroku moja wiedza i umiejętności na tyle wzrastały, że pojawiła się mała nadzieja. Przełomowe okazały się zajęcia z komunikacji niewerbalnej, kiedy pierwszy raz wyszłam przed grupę. I choć pierwszy występ okazał się porażką, to nie zniechęciłam się, z każdym kolejnym było lepiej. I tak to szło aż do wczoraj, kiedy to otrzymałam certyfikat z całkiem niezłym rezultatem 🙂 Mogę śmiało powiedzieć, że jestem z siebie dumna! Dokonałam w sobie wielkiej zmiany i zrobiłam to dzięki własnej, ciężkiej pracy. Odwaliłam po prostu kawał dobrej roboty. Mam ogromną satysfakcję pisząc te zdania, bo jeszcze miesiąc temu nie przeszłyby mi one przez klawiaturę <;)> Stwierdziłabym zwyczajnie, że miałam fart, a tego typu słowa byłyby dla mnie oznaką zadufania w sobie, zarozumiałości.

 

Ok, by jednak nie popaść w przesadny samozachwyt, muszę powiedzieć, że sama bym tej przemiany nie dokonała. Po pierwsze jest to zasługa motywujących i inspirujących trenerów, a po drugie i ważniejsze – wspaniałej GRUPY, z którą miałam szczęście pracować! Ich słowa otuchy, pochwały, komplementy (co ważne – nie puste) pomogły mi niewiarygodnie. Tak jak wszyscy inni, znalazłam się na kursie w przełomowym momencie mojego życia. Skończyłam studia i miałam już realnie wkroczyć w prawdziwą „dorosłość”, rzeczywistość pozastudencką, także na rynek pracy. Dzięki nim wchodzę tam silniejsza, bogatsza w nowe doświadczenia. Cały czas miałam w sobie przeświadczenie, że wszędzie będę traktowana jako młoda, głupia gęś, która chce czegoś od świata „dorosłych”. Okazało się, że ten świat przyjął mnie z otwartymi ramionami, traktując po partnersku, jak równego sobie. Poznałam po prostu wspaniałych ludzi! Dobrze wiedzieć, że w tym nierozpoznanym jeszcze do końca przeze mnie świecie, tacy są. D Z I Ę K U J Ę!!! (mieli tu zajrzeć, więc mam nadzieję, że przeczytają ;P)

 

Jeszcze kilka słów na temat samego szkolenia. Mimo że finansowane ze środków UE, to zorganizowane zostało na maksa profesjonalnie, potraktowane bardzo serio. Naprawdę starano się przekazać jak najwięcej wiedzy, tyle, ile było możliwe w tak krótkim czasie. Wszyscy trenerzy to najlepsi specjaliści w swoich dziedzinach i niebywale przykładali się do swojej pracy. Nauczyli nas, czego mogli, a jednocześnie nie obawiali się, że podglądamy ich warsztat pracy. Byliśmy w końcu dość specyficzną grupą, którą interesował nie tylko poziom merytoryczny, ale i poziom meta, nie tylko co mówią, ale i jak mówią. Co ważne, szkolenia były prowadzone w bardzo ciekawy sposób. Mimo że ludzki umysł nie jest w stanie skupić się w takim samym stopniu przez całe ośmiogodzinne szkolenie, ba, nawet przez 45 minut, to ja mam wrażenie, że przez większość czasu byłam na tym najwyższym poziomie percepcji. A wszystko dzięki trenerom. Podano nam w pigułce najistotniejsze informacje dla przyszłych trenerów – proces grupowy, mowa ciała, typologie uczestników szkolenia, stres itd. – to wszystko tematy bardzo interesujące, aż chciałaby się więcej.

 

To „więcej” jest niezbędne. Taką postawę także zaszczepili w nas trenerzy. Jeśli ktoś chce iść w tym kierunku, wciąż musi się rozwijać i pogłębiać wiedzę. Bez tego ani rusz. Jeśli chodzi o mnie, to na pewno tak zrobię, aczkolwiek nie mam pewności, czy kiedykolwiek będę szkoleniowcem. Nie ze względu na to, czy dam radę, a ze względu na to, czy chcę. Na razie we własnym zakresie będę drążyć temat, a kiedy poczuję się gotowa, wiem, że uda mi się zostać dobrym trenerem!

Skąd się wzięła turystyka?

Zwykły wpis

Jako że dziś wpadł mi w łapki ciekawy artykuł na temat historii światowej turystyki, a sama turystyka jest mi obecnie bliska z racji zbliżających się wyjazdów, postanowiłam naskrobać o tym słów kilka.

Nigdy szczególnie się nad tym nie zastanawiałam, więc wspomniany artykuł uświadomił mi, że coś takiego jak turystyka zorganizowana nie istniało od zawsze. Zjawisko pojawiło się właściwie przypadkiem, gdy w 1841 roku brytyjski stolarz, Thomas Cook, zorganizował wyprawę koleją do oddalonego o kilkanaście mil miasta. Miała ona konkretny cel, ale facet szybko zorientował się, że wycieczki wyłącznie po to, by zobaczyć odległe zakątki na świecie, to rentowny interes. I tak to się zaczęło. Dziś Thomas Cook Group to drugi pod względem wielkości koncern turystyczny w Europie. I jak gdyby historia zatoczyła koło, bo podobnie jak dziś, jednym z najchętniej wybieranych kierunków był wtedy Egipt 🙂

Więcej zdjęć znajdziecie tutaj, a cały artykuł tu.

Co do moich wyjazdów, już za tydzień ruszamy do stolicy Wielkopolski. Plan podróży jeszcze nie jest opracowany, ale wiem na pewno, że w Poznaniu jest mnóstwo atrakcji, które warto zobaczyć.

A już tydzień później wyruszamy nieco dalej, bo na Majorkę. Wreszcie doszliśmy wszyscy do porozumienia i wybraliśmy nasz raj na wrześniowe 7 dni. Co ciekawe, Majorka, jedno z najbardziej turystycznych miejsc na świecie, zyskała takie miano dopiero sporo po II wojnie światowej. Ponoć tę niewielką wyspę można zwiedzać dwa tygodnie, a i tak nie zobaczy się wszystkiego. A co dodatkowo ze słodkim leniuchowaniem na plaży? Trzeba więc będzie wybierać. Wiem na pewno, że nie wyjadę stamtąd dopóki nie przespaceruję się klimatycznymi uliczkami Palmy i nie zobaczę Klasztoru Kartuzów w Valldemossie, w którym przebywał Chopin.

Z obu wypraw na pewno powstaną krótkie relacje i fotorelacje, na które już teraz zapraszam 😉

 

smętki dzisiejsze

Zwykły wpis

No i udało mi się wreszcie zrobić zdjęcia obiecanych sypialnianych motylków. Motyw pojawia się za firankach, które są jednym z moich ulubionych elementów dekoracyjnych w domu. Niestety fotografie nie oddają ich uroku. Filcowe motylki w (bardzo modnym ostatnio :)) kolorze nude obsiadły także karton-gipsową ramkę wokół telewizora. Dzięki tym owadkom nasza sypialnia nabrała bardzo przytulnego charakteru.

Całości dopełnia  lampka w tym stylu, jednak już bez motylkowego motywu:

Tyle o wnętrzach, temat jeszcze na pewno powróci, natomiast naszła mnie dziś pewna refleksja, którą chcę się z Wami podzielić. Dzisiaj na kursie toczyła się dyskusja na temat „tej dzisiejszej młodzieży”. Wielu uczestników twierdziło, że panuje wszechobecne zepsucie, degeneracja wartości i że nie może to długo potrwać. Prawdopodobnie jest to schyłek pewnego okresu – o czym świadczą choćby ostatnie wydarzenia w Londynie – i wkrótce, po dłuższym lub krótszym burzliwym czasie, nastąpi całkowita zmiana. Możliwe – przyszłości nikt do końca nie przewidzi. Mam jednak wrażenie, że to nie do końca jest tak.

Jedna z moich ulubionych książek,  „Madame” Antoniego Libery, zaczyna się od relacji licealisty, który źle się czuje, gdyż żyje w „kiepskich” czasach. Wszystkie ważne, doniosłe wydarzenia już się dokonały, nie ma wspólnej idei jednoczącej jego rówieśników, z obecnego pokolenia nie wyrośnie żaden wielki człowiek, nie powstanie legenda. Co więcej, potwierdzają to nauczyciele, którzy na każdym kroku podkreślają, że „kiedyś to byli uczniowie… „. Jak kończy się książka? Bohater jest już dorosłym mężczyzną. Spotyka ucznia swojego dawnego liceum, który bardzo pragnie go poznać. Ma podobne zdanie na temat czasów, w których przyszło mu dorastać, jakie wcześniej przedstawił o swoim okresie dorastania narrator. Okazuje się, że w szkole krążą legendy na temat naszego bohatera i jego poczynań. Jest idolem, którego nauczyciele mają na myśli, mówiąc „kiedyś to byli uczniowie…”.

A prawda jest taka, że od wieków tak to się dzieje. Zawsze wydaje nam się, że minione pokolenia były zwyczajnie lepsze. Tylko że po 20, może 30 lat to na „tę dzisiejszą młodzież” ludzie będą spoglądać, jako na relikt minionej, o wiele lepszej epoki.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ludzie się nie zmieniają, młodzież się nie zmienia. Być może nawet zmienia się na gorsze. Natomiast nie jest to zjawisko właściwe naszym czasom. Zawsze kolejne pokolenie różniło się od poprzedniego. I pewnie zawsze tak będzie.

To tyle moich dziesiejszonastrojowych smętów. Jeśli ktoś dotrwał do końca, dziękuję bardzo 🙂

A na koniec, z dozą ironii, Wiesław Brudziński 🙂

Ciekawe, że z pokolenia na pokolenie dzieci są coraz gorsze, natomiast rodzice coraz lepsi, a więc z coraz gorszych dzieci wyrastają coraz lepsi rodzice.

Faktycznie, to mocno zastanawiające ;P

Rozważnie i romantycznie – wnętrza

Zwykły wpis

Dziś wyobraźmy sobie, że to fotoblog 🙂

Jako że ostatni czas mija mi na upiększaniu i ulepszaniu mieszkania, mam tu trochę inspiracji. Uwielbiam taki romantyczny styl, aczkolwiek z umiarem i rozwagą. Z połączeniem florali i innych słodkich elementów trzeba uważać, bo taki przesyt wygląda dobrze tylko na zdjęciach (na które zerkamy wyłącznie raz na jakiś czas). Mieszkając w takim wnętrzu można się nim natomiast szybko znudzić. Dlatego ja biorę stamtąd poszczególne elementy – aktualnie motyw przewodni to motylki 🙂 Zdjęcia mojej sypialni w następnym poście. Teraz inspiracje z Internetu:

A teraz przy zasłyszanej dziś nowej nucie (patrz poniżej) szukam inspiracji filmowych na wieczór. Kolejny dzień długiego weekendu spędzam w domu, bo Pan T. pisze pracę magisterską, a ja wiernie ślęczę u jego boku 😉 Także przynajmniej wieczorem chcielibyśmy się zrelaksować przy jakimś lekkim, ale nie całkiem durnym filmie 🙂 Zobaczymy, na czym się skończy. Mam nadzieje, że nie na jakimś „Ciachu” czy „Śniadaniu do łóżka” itp. 🙂

No i na koniec wspomniana nuta. Nowy Maleńczuk. Człowieka nie lubię, ale jak dziś usłyszałam go w radio, to wreszcie poczułam orzeźwiający powiew sensownej POLSKIEJ muzyki.