Zapraszam do obejrzenia fotorelacji z Bornholmu – miejsca, gdzie w niedziele nieczynne są sklepy, na plaży nikt nie zabroni zrobić ci grilla, a w lasach nie ma śmieci – zamiast tego są toalety.
Zdjęcia autorstwa Miśka, który w czasie wyjazdu napstrykał tyle fot, ilu ja nie zrobiłam chyba przez całe życie. Skrawek tego poniżej:
Niedawno rozpoczęły się zdjęcia do nowej, ostatniej serii “Czasu Honoru”. Nie mogę doczekać się jesieni i emisji kolejnych odcinków, ale kiedy już przebrzmi muzyka odcinka ostatniego z ostatnich, to chyba popadnę w depresję!
Tymczasem przypomniałam sobie, że nie napisałam nic o “Czasie Honoru” w wersji książkowej, choć parę osób już mnie o to pytało. Została napisana przez scenarzystę serialowego Jarosława Sokoła. Nie powiem, że jest kiepska, ale jak to zwykle bywa chwytanie trzech srok za ogon się nie opłaca. Poradziłabym panu Sokołowi pozostać jednak przy scenariuszach filmowych, papierowe opracowania pozostawiając komu innemu.
Nie zmienia to faktu, że dla fanów serialu ta książka to nie lada gratka (sama zamierzam kupić kolejne, zapowiedziane przez autora części). Zwłaszcza pierwsze kilkadziesiąt stron, które przedstawiają losy bohaterów zanim jeszcze rozpoczęła się akcja serialowa, są bardzo wciągające. Później powiewa nieco nudą. Choć może, jeśli nie zna się tak dokładnie serialu, to wcale tak nie jest? Nie wiem.
Wiem natomiast, że pan Jarosław odwala kawał dobrej roboty w taki czy inny sposób pokazując w interesującą historię Polski. Co więcej, ma do tego fantastyczne podejście i dystans, o czym miałam okazję się przekonać na spotkaniu z nim i aktorami z “Czasu Honoru”. Jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało – takich ludzi nam potrzeba
Macie czasem ochotę na określony typ filmu? Mnie się to ciągle zdarza. Zawsze wiem, że akurat dziś MUSZĘ obejrzeć głupią komedię, melancholijny romans, albo jakiś polski dramat. To ostatnie najczęściej. Gdybyście mieli ochotę właśnie na mądry, ale dość ciężki film, gorąco polecam “Kreta” Rafaela Lewandowskiego (kimkolwiek by on nie był wybaczcie ignorację).
To film z ubiegłorocznego Festiwalu w Gdyni (swoją drogą, nie mogłam uwierzyć, że już trwa kolejny Festiwal. Miałam wrażenie, jakby poprzedni dopiero się zakończył). Koleiny z serii modnych ostatnio rozrachunków z PRL-em. Dla mnie jednak to bardziej film o tym, że w w życiu mało jest wyrazistej czerni i czystej bieli. Przeważają szarości, a punkt widzenia zależy zwykle od punktu siedzenia. Dlatego ważne jest, żeby nie oceniać innych, bo nie wiemy, jak zachowalibyśmy się na ich miejscu i nigdy nie mówić nigdy. Metaforycznie się zrobiło i sentencjonalnie, ale okazuje w takich frazesach tkwi jednak wiele prawdy. Niby banały, ale ważne w życiu. Warto wziąć je sobie do serca, a filmy takie jak “Kret” są w tym bardzo pomocne.
Dziś był bardzo lekki obiad, więc trzeba było nadrobić nieco kolacyjką, której na ogół staram się nie jadać. Było po włosku i… delizioso!
Do przygotowania wystarczą toskańskie bułeczki do pieczenia, pesto, mozarella, pomidory i, opcjonalnie, oliwki. Przepisu chyba podawać nie trzeba Zdjęcia poniżej.
Gdyby nie te buły, to byłoby zdrowo i dietetycznie Samo pesto, głównie podstawowy składnik – bazylia, ma bardzo pozytywny wpływ na nasz organizm. Następnym razem spróbuję zrobić je sama, bo tym razem poszłam na łatwiznę i po prostu wyjęłam je ze słoiczka
Głównym składnikiem pesto są zielone liście. Są one bogate w błonnik, kwas foliowy, chlorofil i karoteny, czyli roślinną formę witaminy A oraz niezbędne nienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny omega-3 zwłaszcza alfa-linolenowy. Bazylia, czyli główny składnik działa przede wszystkim na układ trawienny oraz nerwowy. Bazylia może być użyta w celu zapobiegania lub przynoszenia ulgi wymiotom i nudnościom(źródło: www.fit.pl).
Czy jeśli gałęzie drzewa wystają z prywatnej posesji na drogę publiczną, to są własnością publiczną? Jeśli nie, to chyba ukradliśmy trochę bzu Ale nie mogliśmy się powstrzymać, pachnie przepięknie!
Ani słowa o końcu majówki! Wszędzie o tym trąbią i wywołuje to u mnie już niemal konwulsje! Będzie za to przepis na najprostsze ciacho na świecie, do którego nie jest nawet potrzebny mikser:
Składniki:
4 dojrzałe banany
1,5 szklanki mąki (połowa białej i połowa żytniej)
szklanka cukru trzcinowego (lepiej niecała, będzie mniej słodkie, chyba, że ktoś lubi )
2 jajka
50 g roztopionego masła
1 łyżeczka sody
dowolne bakalie (w moim przypadku były to niewielkie garście rodzynek, suszonej żurawiny, pestek dyni – koniecznie, są pyszne w cieście i orzechów włoskich)
Przepis:
1) Banany rozgniatamy w miseczce widelcem.
2) Do drugiej, większej miski wsypujemy mąkę, cukier i sodę, dodajemy jajko i masło oraz banany. Mieszamy drewnianą łychą.
3) Na koniec dodajemy bakalie i jeszcze trochę mieszamy.
4) Keksówkę lub niedużą tortownicę smarujemy masłem, wlewamy masę i pieczemy w piekarniku rozgrzanym do 180 stopni przez 1 godzinę i 20 minut.
Ciacho wychodzi ciemnobrązowe i przepyszne. Polecam każdemu, nawet tym, co nie lubią bananów albo bakalii, bo w tym cieście wszystko smakuje inaczej. Banany są niemal niewyczuwalne. Poza fantastycznym smakiem i fajną, trochę “mokrą” konsystencją, ma dwie ogromne zalety, które dla mnie są bardzo istotne – robi się je dosłownie chwilę i, jak na ciasto, jest bardzo zdrowe i niezbyt tuczące.
Wczoraj zamieściłam na blogu setny wpis. Mało to i dużo. Mało dla blogerów, dla których pisanie to spory kawał życia, dużo dla tych, którzy często pytają: no i chceee Ci siee taaak?!?
Tych drugich nie brakuje. Pewnie znacie ludzi, którzy sami siedzą najchętniej przed telewizorem i próbują podcinać innym skrzydła wiecznymi pytaniami: no i na co ci to, chce ci się, jeszcze ci się to nie znudziło? Ja to słyszę dosyć często: o fitnessie, o pomaganiu psom w schronisku, o słuchaniu lekcji angielskiego, mogłabym tak długo wymieniać. No i, rzecz jasna, o blogowaniu.
Ostatnio ktoś zapytał mnie, po co mi to. Nie mam przecież rzeszy fanów, komentarze nie idą w setki, ba, nawet w dziesiątki, nie zarobię na tym. Pomyślałam, że przy okazji setnego wpisu faktycznie warto się nad tym zastanowić. I długo myśleć nie musiałam. Ja po prostu lubię pisać. Zwyczajnie łatwiej mi się trawi niektóre myśli, jeśli ułożę je w miarę składnie i przeleję na ekran. Nie bez powodu w końcu skończyłam polonistykę
Piszę więc dla siebie, ale i dla nie tak małej, jak mogłoby się wydawać, grupy czytelników. Wiem, że mnie czytają, bo jak się robi jakiś mały przestój, to zaraz docierają do mnie ponaglenia, żeby coś w końcu skrobnąć. Lubię słyszeć od ludzi, żebym wrzuciła jakiś nowy przepis, bo szukają czegoś prostego, ale ciekawego do ugotowania. Lubię ich narzekania: oj, Aśka, chyba nic ostatnio ciekawego nie oglądałaś, bo nic nie piszesz. Popraw się, popraw. Albo: dawno chyba w teatrze nie byłaś? Nic nie piszesz, na co warto się wybrać.
Tak więc dziękuję tym, co czytają. Miło, że jesteście, jeszcze milej, jak czasem zostawicie jakiś komentarz. Ale powiem Wam szczerze, nawet jak mnie tu zostawicie całkiem samą, to ja i tak czasem tu coś skrobnę. Dla siebie. O.
Dawno już miałam dać upust swojemu wrodzonemu krytycyzmowi (tak przynajmniej twierdzą wyniki analizy DISK) i zjechać równo dwie książeczki. Łączy je wbrew pozorom wiele: obie to poradniki, obie są do kitu i obie to prezenty. Darczyńcy nie powinni się jednak obrażać, bo sama bym pewnie w Empiku zwróciła na nie uwagę i może nawet kupiła – okładkami przyciągają.
A więc do rzeczy. Co na pierwszy ogień? Jako że kobiety mają pierwszeństwo, niech będzie była pierwsza dama, pani Kwaśniewska i jej mądrości savoir vivre’owe:
Nie będę się rozwodzić. Jeśli jesteś dzikusem wypuszczonym z dżungli, ta książka jest właśnie dla Ciebie. Autorka podaje tam w przeważającej mierze oczywiste oczywistości (bardzo trudna zagadka: kto powinien pierwszy wyciągnąć rękę na powitanie, kobieta, czy mężczyzna? ), które w miarę cywilizowany człowiek zna od dziecka. Rady w stylu: do walizki zapakuj kostium kąpielowy, pareo i olejki do opalania (dosłownie!) jakoś dziwnie przypominają porady rodem z “Bravo girl”.
Pozostała część porad natomiast nada się głównie dla pierwszych dam i innych tego typu elegantek, które mogą pozwolić sobie na gigantyczną garderobę, a w niej wyłącznie ciuchy z najwyższych półek. Przykro mi, ale mało mnie interesuje, jak powinnam posadzić przy stole “damy” (określenie autorki) na koktajlowym przyjęciu.
No i numer dwa: “59 sekund. Pomyśl chwilę, zmień wiele” autorstwa psychologa Richarda Wismana:
Ten poradnik nie przekonuje mnie ze względu na swoją zbytnią prostotę. Na 360 stronach autor upchał taką liczbę badań, które mają czegoś dowodzić, że ja w nie nie wierzę (tak, tak, to wszystko ten mój krytycyzm). Cała książka wygląda mniej więcej tak: Akapit 1: Zbadano grupę ludzi i stwierdzono, że jest tak i tak. Rób więc tak i tak. Akapit 2: Zbadano grupę ludzi i stwierdzono, że jest tak i tak. Rób więc tak i tak. Akapit 3:… i tak w kółko.
Jak można w jednym akapicie opisać testy psychologiczne prowadzone przez kilka lat i na tej podstawie dawać ludziom złote rady. Ja tego nie kupuję. Zaraz zapala mi się z tyłu głowy lampeczka i zastanawiam się, czy aby na pewno wyniki nie zostały jakoś zniekształcone (tu z kolei odzywa się malutki socjologiczny fragment mojej duszy)? Może nie wzięto pod uwagę pewnych czynników, które wpłynęły na wyniki badań? Mogę domniemywać, że profesjonaliści wzięli pod uwagę wszystko, ale o tym cisza. Więc jednak pewności mieć nie mogę.
Co najlepsze, każdy rozdział jest na końcu jeszcze bardziej skrócony – do stronicowego streszczenia, które podobno da się przeczytać w 59 sekund i w ten sposób zmienić swoje życie. Mnie się nie udało.
A żeby na koniec było jednak pozytywnie, to wyszedł dziś teledysk do fantastycznego – zresztą jak wszystkie – kawałka Muzyki Końca Lata. Enjoy!
Ojjj, chce mi się tej ostatnio wspominanej majówki, jak niczego innego. Bardzo, bardzo, bardzo dużo się ostatnio dzieje! W pracy mnóstwo pracy, takiej na JUŻ co najgorsze. Ale dobrze, to akurat lubię Tyle że zęby pousuwane, na zwolnienie trzeba było pójść. Cała jestem napuchnięta, głodna, a tu ani czego przełknąć za bardzo. Ale co tam ja! Psiaki z Fundacji Braci Mniejszych wzywają, dom domaga się sprzątania, książki i gazety, nie wspominając już o opuszczonych ostatnio ulubionych blogach, krzyczą: czytaj nas! Do tego dołóżmy fitness i masaże i zawrót głowy gotowy.
Ale najbardziej teraz absorbuje mnie kochana sunia, która u nas ostatnio pomieszkuje. Przyjechała całkiem niespodziewanie, razem z dwiema innymi, które odwieźliśmy do domów tymczasowych. Pochodzą z pseudohodowli rozbitej przez Stowarzyszenie Adopcje Buldożków, gdzie łatwego życia nie miały. Są schorowane, czeka je długie leczenie. Z naszą Lolą codziennie jeździmy do pani doktor. Ale jest bardzo dzielna! Leczenie jednak bardzo dużo kosztuje, więc jeśli ktoś miałby ochotę pomóc, to Stowarzyszenie będzie niezwykle wdzięczne KLIK.
A może ktoś w ogóle chciałby przygarnąć taką cudną sunię? To ta na zdjęciach poniżej (wyżej są Shila i Celina) My pomagamy, jak możemy, ale niedługo wyjeżdżamy, więc Lola trafi do kolejnego domu tymczasowego. Bardzo daleko, do Bydgoszczy. To kolejny stres dla niej. A naprawdę psiak na to nie zasługuje, jest kochany jak mało który, grzeczny, u weterynarza spokojny. Jak ma się takiego przyjaciela, to niczego innego nie potrzeba!
Tak, tak, wiem. Dawno mnie tu nie było. Mam jednak odwiecznie najlepsze wytłumaczenie, “paluszek i główka” itd. Ale idzie ku dobremu, pod koniec następnego tygodnia powinno być po wszystkim. Przynajmniej na jakiś czas.
A tak poza tym, niedługo majówka. Wybieramy się na Bornholm. To taka spokojniutka, duńska wyspa gdzieś po środku Bałtyku. Idealne miejsce żeby odpocząć od pędzącej codzienności. Mam nadzieję na długie spacery, wycieczki rowerowe i plażowanie z książką w ręku – niezależnie od pogody. Zbieram już powoli książkowe pozycje, które ze sobą zabiorę. Może macie jakieś pomysły? Ma być lekko, ale nie głupawo (harlekiny nie wchodzą w grę ).
Jeśli, podobnie jak ja, potrzebujecie lekkiej lektury, to może skusicie się na “Człowieka bez psa” Håkana Nessera. Przeczytałam go przez Święta i myślę, że mogę spokojnie polecić. W sumie nic dziwnego – skandynawskie kryminały najczęściej są wciągające, zaskakujące i trzymające w napięciu.
Tu jest jednak trochę inaczej, bo “Człowiek bez psa” to taki dziwny kryminał. Jest wprawdzie przemoc, są zaginieni bohaterowie, morderstwa i takie tam, ale ważniejszy wydaje się wątek obyczajowy i psychologiczny (choć może trochę za mało pogłębiony).
Dla mnie najbardziej interesująca i wzbudzająca duże współczucie jest smutna historia rodziny Hermanssonów, której członkowie z jednej strony działają mi na nerwy, a z drugiej mi ich szkoda. Na pewno nikogo z nich nie polubiłam. To dziwne, bo zwykle znajduję sobie w książkach ulubionego bohatera, choćby nawet miał to być seryjny morderca. Mimo to “Człowiek bez psa” ma u mnie dużego plusa, chyba właśnie za swoją “dziwność”.
Ostatnio porobiło się tu bardzo kulinarnie, ale cóż zrobić, jeśli publika domaga się kolejnych przepisów Dziś będzie zupa marchwiowa i sałatka z kurczaka i pietruszki. Zwłaszcza to pierwsze danie jest dla mnie teraz idealne, bo aktualnie nie mogę przełknąć nic, co nie jest płynem. Moje “ósemki” odmówiły posłuszeństwa i niestety muszę się ich pozbyć Ale do rzeczy:
MARCHWIOWA ZUPA-KREM
Składniki
1 kostka rosołowa, mięsna, może być np. cielęca
1/2 kg marchewek
2 duże ziemniaki
1 duża cebula
natka pietruszki
1/2 szklanki śmietany
przyprawy: sól, pieprz, pół łyżeczki cukru, ulubione przyprawy
Wykonanie
Najpierw obieramy i kroimy w plastry marchewkę i ziemniaki.
Cebulę obieramy, siekamy i chwilkę podsmażamy w dużym garnku z rozgrzanym olejem.
Dodajemy marchewkę i ziemniaki. Smażymy jeszcze około 7 minut.
W tym czasie gotujemy bulion z litra wody i kostki rosołowej i dolewamy do warzyw. Dodajemy posiekaną natkę pietruszki.
Gotujemy całość około pół godziny. Pod koniec dodajemy przyprawy – wedle uznania.
Po przestudzeniu blendujemy całość dodając śmietanę. I jest
SAŁATKA Z KURCZAKA I PIETRUSZKI
Składniki
pierś z kurczaka
dwa pęczki natki pietruszki
trzy duże łyżki płatków migdałowych
cytryna
oliwa z oliwek
łyżeczka masła
warzywko, zioła prowansalskie, pieprz, sól
Wykonanie
Pierś kroimy w kostkę i gotujemy w odrobinę osolonej wodzie. Kiedy będzie gotowa (po około 8 minutach), odlewamy wodę i dodajemy przyprawy. Mieszamy dokładnie.
Pietruszkę siekamy i kropimy sokiem z całej cytryny i oliwą z oliwek.
Płatki migdałowe podsmażamy na maśle, na patelni.
Łączymy wszystkie składniki i jeszcze raz kropimy odrobiną oliwy.